Archiwum

Archiwum dla Czerwiec 2010

Dragon boat – we win fair, we lose fair, we play fair

Czerwiec 17, 2010 1 komentarz

W ostatniej części napisałam, że jestem zajęta z powodu sesji więc prawdopodobnie nic ciekawego się nie wydarzy. A jednak się wydarzyło więc o zwyczajach i obyczajach chińskich będę musiała napisać kiedy indziej. Nie wiem od czego zacząć bo w mojej głowie nadal siedzi smok i nie pozwala mi zapomnieć o wydarzeniach dnia wczorajszego zacznę jednak od początku.

BAL

Drugi bal w tym roku zaliczony. Tym razem przyszła kolej na Bal studentów międzynarodowych w tym zwykłych, szarych exchangów takich jak ja. Więc ubrałam się w jedyną sukienkę jaką tutaj mam, przywdziałam baletki, kupiłam perły za 20NT i wyruszyłam na podbój parkietu. Na balu były konkursy taneczne, filmiki z życia studenta (bardzo zabawne) i mała kolacyjka w formie bufetu. Wśród specjalności sałatka warzywno-owocowa z majonezem a do picia herbatka lub herbatka z cytryną. Po Balu, który zakończył się ok 23:30 już większa ekipą udaliśmy się nad jezioro w celu kontynuacji imprezy. Konkluzja tego wieczoru nie pasuje do powyższego opisu a brzmi: Psy nie lubią nachos. Nie pytajcie o co chodzi bo to wyższy poziom wtajemniczenia:P

Po balu była już tylko nauka, trening, nauka, trening ale bez przesady:) Udało mi się wyskoczyć po raz ostatni do centrum w celach krajoznawczo-rozpoznawczych.

No i w końcu nadszedł on, ten jeden…..

…..z najfajniejszych dni w moim życiu DRAGON BOAT FESTIVAL.

Zwarci, gotowi na zwycięstwo przywdzialiśmy nasze koszulki, zrobiliśmy rozgrzewkę i ruszyliśmy do boju. 18 śmiałków – 16 wioślarzy, jeden bębniarz, jeden flagowy. Cel – zwycięstwo (w zeszłym roku nasza uczelnia zajęła drugie miejsce przegrywając ze szkołą międzynarodową, która w tym roku miała dwa zespoły). Jak już wspomniałam w poprzednim odcinku byłam bębniarzem. Straszna presja, ciśnienie…. stres na ogromnym poziomie. Do moich zadań należało: wybijanie rytmu, motywowanie ludzi, przypominanie o najważniejszych rzeczach, obserwacja przeciwnika, współpraca z całą drużyną szczególnie osobą nadającą tempo, wydawanie komend poza czasem wyścigu.

..w drodze na pomost wywołują nasz team nasi wierni fani (krzyczą). Nie patrzę na nich ale strasznie mi to pomaga pełna koncentracja. Wsiadamy do łódki, pierwsza komenda “gotowość” odpychają nas, kolejna komenda najgłośniej jak się da: “junbei”, na którą cały zespół odpowiada “sza” czyli walka, śmierć inni tego nie robią ludzie są pod wrażeniem, przeciwnicy czują respekt…

Pierwsze starcie: przeciwnik – międzynarodowa szkoła zespół “A” mocny przeciwnik. Mili panowie z drużyny wyśmiewali się z nas robiących rozgrzewkę ci sami mili panowie gratulowali nam zwycięstwa 5 minut później.

Drugie starcie: przeciwnik – międzynarodowa szkoła “B” mocny przeciwnik – już się nieśmiali- szybko przegrali:)

Starcie trzecie – NTHU sąsiednia uczelnia. To miał być wyścig, na którym mieliśmy oszczędzać energię bo upał był niesamowity 30 stopni bardzo duża wilgotność powietrza jednym słowem dramat. Zaczęliśmy troszeczkę wolniej niż zwykle, środek mega ostro trzymaliśmy tempo i przegraliśmy o 0.1 sekundy. Porażka oznaczała spadek do drugiej grupy. Ten filmik z tego wyścigu jest na moim profilu na facebooku.

Starcie czwarte nie pamiętam skąd byli nasi przeciwnicy ale nazwę ich byki z ameryki bo tak właśnie wyglądali. Ich bałam się najbardziej – wygraliśmy i odzyskaliśmy nadzieję na finał. Długie czekanie na kolejny wyścig ze względu na upał były ciężki, ze względu na zawody stresujący… Puściło mi ciśnienie i pojawiły się łezki. Szybko się pozbierałam bo przecież nie mogą się patrzeć na bębniarza mazgaja.

Starcie piąte – po raz drugi drużyna międzynarodowa B (mocniejsza), raz już pokonana… wsiadamy do łódki nagle podchodzą sędziowie i każą wyjść jednemu z naszych przeciwników, kilka minut rozmowy nie wiadomo o czym. Jak się później okazało nasz El Dictator Oscar prosił o sprawdzenie składu drużyny przeciwnej (podejrzenie o oszustwo). Ruszyliśmy do boju przegraliśmy półfinał co dla nas oznaczało koniec wyścigu. W trakcie tego starcia widziałam twarze wykrzywionych z bólu wioślarzy mimo tego musiałam na nich nadal krzyczeć: eyes guys eyes, power, give me all you’ve got, go, go, go.. Byli lepsi o jedno pociągnięcie wiosła. W drodze powrotnej do bazy widzę ich rozczarowanie, smutek. I wtedy krzyknęłam kilka motywujących zdań, o które siebie nie podejrzewałam. Obowiązkowo po drodze pozdrowienia wiosłem równo, ładnie na komendę, które nota bene później od nas odgapili. To już koniec zawodów ale nie koniec walki.

Nie można przejść obojętnie obok faktu, że drużyna wygrana podmieniła zawodników co oczywiście było niezgodne z przepisami (jak oni nas się musieli bać!!!). Tym samym dostarczyli sobie nowej siły, niewykorzystanych wcześniej zawodników. Pozbieraliśmy wszystkie dowody (filmy, zdjęcia) i poszliśmy do sędziów – byłam pewna, że ich zdyskwalifikują w końcu jesteśmy na Tajwanie w kraju gdzie ludzie są bardzo fair. Nie wiedziałam jednak jak oni to zrobią (bo drużyna rozegrała już kolejny wyścig). Prawie godzinę trwało sprawdzanie protokołów, dowodów itp. I….. dupa. W międzyczasie nawet przyszedł trener tamtych i przyznał się do podmiany ludzi. Na co sędziowie stwierdzili, że jest już za późno (zapomniałam dodać, że tajwańczyk prędzej popełni przestępstwo niż postąpi niezgodnie ze standardowymi procedurami). Tą decyzją przypieczętowali nasze 4 miejsce a tamta drużyna wygrała jednak nikt nam nie przyszedł pogratulować, nie chcieli nam nawet spojrzeć w oczy. Dla mnie jesteśmy moralnymi zwycięscami i duma mnie rozpiera, że mogłam przewodzić taką drużyną!

Mam nadzieję, że skopią im tyłki w przyszłym roku będę im gorąco kibicować.

Dzień zakończyliśmy wieczornym grillowaniem na mojej pożegnalnej imprezie. Kupa śmiechu, pysznego jedzenia przygotowanego przez żeńskie grono grillowiczów, do tego super ludzi i ciekawe rozmowy. Czas ucieka a wraz z nim ja.. Będę tęsknić za moim małym miejscem na ziemi..

Tym samym moi drodzy chciałam podziękować wszystkim czytelnikom. Od przyszłego tygodnia będziecie mogli dowiedzieć się “Co MAJą w Korei” mam nadzieję, że zmiana kraju nie zmniejszy ilości czytających.

Kilka zdjęć ostatnich dni:

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/TheBestWeekEver?feat=email#

PS: Udało mi się nawet pojawić w telewizji AlJazzera wraz z całą wspinaczkową ekipą (ostatnie kilka sekund)

Kategorie:Bez kategorii

Yushan – miejsce, w którym pokochałam francuską armię:)

Czerwiec 6, 2010 1 komentarz

Zanim jednak słów kilka o Napoleonie i jego podopiecznych zacznę od tego co wydarzyło się od ostatniego wpisu.

Sesja (zresztą moja ostatnia w życiu) zbliża się wielkimi krokami a to oznacza multum projektów, prezentacji kolosów itp. I jak tu wywiązać się ze wszystkich obowiązków nie zmniejszając czasu na wycieczki i wypady różnej maści? Ano da się łatwo nie jest ale nikt nie mówił, że będzie:)

FULONG

W zeszłym tygodniu udało mi się wybrać na 2 dni nad morze zorganizowaną przez kolesia z kompletnym brakiem talentu organizatorskiego (jak mnie ten NZS skrzywił:P). Więc po spędzeniu wielu bezczynnych minut w wielu różnych miejscach dostaliśmy się w końcu do naszego obozowiska – szkoły podstawowej, w której kulturalnie i legalnie rozbiliśmy namioty  na…. boisku szkolnym. Wieczorny gryl i nocna kąpiel w oceanie zrekompensowała wszystkie poprzednie wpadki. A propos grilla wydaje mi się, że wśród obcokrajowców na Tajwanie panuję przekonanie, że “grilla rozpala najbardziej głodny pod warunkiem, że nie jestem to ja”. Wiec jak to zwykle bywa ekipa polsko-szwajcarska musiała odwalić brudną robotę dostając w zamian oczywiście najlepsze kąski:) Położyliśmy się wcześniej spać w oczekiwaniu na niedzielną atrakcję, którą miała być paralotnia (z ręką w gipsie:P). Ale jak to zwykle w życiu bywa pogoda pokrzyżowała nasze plany i skończyło się na obiedzie w Tajpej i dłuuugim powrocie do domu.

Dwa tygodnie temu udałam się do pana lekarza w celu ściągnięcia szwów. Pan pochwalił szybko gojącą się ranę i nakazał noszenie mojej cudownie pocącej się szyny jeszcze 6 tygodni (do 26 czerwca). Nie powiem, że byłam tym faktem zachwycona ponieważ koło nosa miały mi przejść dwie zbliżające się atrakcje. Wyścig Dragon Boat i wyprawa w góry. Jednak dla sprytnego nie ma nic trudnego: W wyścigu będę zajmowała zaszczytną pozycję “krzyczącego bębniarza” awans z rozdawacza ręczników (finał 14-15 czerwca) natomiast opis wycieczki w góry znajdziecie poniżej.

Yushan zwany również Mt. Jade to najwyższy szczyt Tajwanu liczący sobie 3952 m n.p.m. Góra ta znajduje się w Parku Narodowym. Każdą wyprawę należy więc zarejestrować i zarezerwować na kilka tygodni w przód ze względu na to, że limitują oni liczbę turystów (w przypadku obcokrajowców jest to 20 osób tygodniowo). Mimo wypadku po długich wahaniach postanowiłam dołączyć do ekipy. 20 obcokrajowców (Holandia, Polska, Francja, Szwajcaria, Belgia, Ukraina, Niemcy, USA) plus jeden Tajwański student (organizator) plus dwóch przewodników razem 23 osoby w tym tylko 3 przedstawicielki płci pięknej. Ze względu na to, że nie jest to codzienne wydarzenie rozbije opowieści na poszczególne dni.

Poniedziałek

Spakowani, zwarci i gotowi po 3,5 godzinach jazdy dotarliśmy do miejsca pierwszego noclegu (wysokość ok 2000 m n.p.m) żeby powoli przyzwyczajać się do zmiany ciśnienia. Nocne oglądanie świetlików zakończyliśmy przy przysłowiowym “jednym małym” mając na uwadze zbliżającą się wycieczkę. Do ciekawszych rzeczy tego dnia zaliczam fakt wzięcia prysznica w drewnianej bali:)

Wtorek w pełni

Pobudka 5:56 (oni chyba nie zdawali sobie sprawy jak 4 minuty mogą zmienić wszystko:)). Szybki śniadanie, dojazd do bram przeznaczenia gdzie nie omieszkaliśmy pstryknąć sobie kilka grupowych słitaśnych foteczek. Pogoda cudna słońce pięknie górowało nad nami może już nie tak ciepło jak na dole jednak po kilku metrach marszu człowiek miał ochotę rozebrać nawet majtasy. Do wtorkowego celu 8,5 kilometra z każdym metrem widoczność zmniejszała się ździebko toteż nie mogliśmy podziwiać wcześniej zachwalanych widoczków za to skupiliśmy się na przebieraniu nóżkami. Podczas przerwy na lunch (wzięty z miejsca noclegu) kolega stwierdził, że jesteśmy bardzo tolerancyjną grupą ponieważ mamy wśród obecnych wiele mniejszości: mniejszość kobiet, inwalidów i  inwalidów kobiet i o dziwo zaliczam się do wszystkich trzech grup. Tak to już jest być większością w mniejszościach. Trasa ok ścieżka wąska jednoosobowa z jednej strony przepaść na szczęście mgła (chmury) zakrywała ją dokładnie:P Momentami ciężkie podejścia ale na moment trzeba zapomnieć o sobie jako jednostce i stać się członkiem grupy nie ma, że boli. Dotarliśmy bez mniejszego problemu do miejsca docelowego na wysokości 3400 pogoda nas już nie rozpieszczała było zimno szczególnie porównując do temperatury ok 30 stopni u podnóża góry. Pogaduchy, obiad, sesja zdjęciowa ze wszystkimi współspaczami w schronisku i spanie o godzinie 19 w nieogrzewanym domeczku z kartek papieru. Było i zimno i płucka mnie bolały ale obudziłam się ostatecznie dość wypoczęta.

Środa

Wstaliśmy o 1:30 w celu wdrapania się na szczyt na wschód słońca. 1:45-2:00 w nocy śniadanie – zupka chińska. Latarki w dłoń u mnie ostatnią sprawną i zdobywanie szczytu. Przed nami 3,5 km ostro pod górę. Pierwsze 1,5 km nawet  ok nie było tak zimno, stromo ale jednostajnie pod górę. Końcówka po zajebiście stromym, kamienistym, mokrym, nie oświetlonym stoku z brakiem zdrowych pustych rąk przypominała koszmar. Do tego zimny wiatr i dość gwałtowny spadek temp i brak tlenku spowodował, że psycha mi siadła i nie chciałam iść do góry bo się bałam, że nie zejdę. Ciężki chwile pomogli mi przezwyciężyć Marysia i Robert chociaż wiem, że i dla nich pewnie to nie było łatwe. Mnie najbardziej przerażał brak sprawności (chwytności) ręki, po stronie której były łańcuchy. Dotarłam ze łzami w oczach błędnik szalał a do tego bardzo zmarzła mi lewa ręka (ta nie ruszana) będąca w mokrej od łańcuchów rękawiczce. Na całe szczęście wzięłam ze sobą ogrzewacz do rąk made in China, który nie pozwolił zamarznąć mojej kończynie. Do “wschodu słońca” ok 40 min a tu z minuty na minutę gęstnieje mgła a wraz z nią szaleje mój błędnik. Postanowiłam więc przytulić się do ekipy siedzącej pod skałą (osłoniętą teoretycznie od wiatru). Nałożyliśmy na siebie wszystko co mieliśmy ochraniacze na plecaki wylądowały na nogach, plecak osłaniał dupkę od zimna. I w ten zjawił się on (ubrany cały na biało:P – to taki żart) niczym francuski napoleon (zwany na wyjeździe shepherd’em ze względu na dziwny wełniany płaszcz, który posiadał). Ów wełniany płaszcz był kupiony od armii francuskiej i miał jedną podstawową zaletę grzał niemiłosiernie. Tym sposobem stałam się niekwestionowaną fanką wojska francuskiego. Powoli  zaczęłam odmarzać przykryta po czubek nosa 100% wełnianym mantlem. Wyglądało to śmiesznie sądząc po ilościach zdjęć jakie robili nam inni zdobywcy szczytu. Moje życie zostało przedłużone również przez mały kubeczek słodkiej kawy, który dostałam od miłego skośnookiego pana. Po 30 min zrobiło się jasno i przeraźliwie zimno – szybka decyzja słońca nie ma i nie będzie wracamy na dół. Tym razem łańcuch po prawej stornie już spokojniej wszystko widać powoli do dołu. Drugie śniadanie fasola i herbata z imbiru (nie dziękuję postoję) i ruszamy całą drogę w dół. Tym razem brak mgły pozwolił nam docenić wszystkie widoki zapierające dech w piersiach. Szczęśliwa i zadowolona dotarłam na dół gdzie czekała na mnie miłość mojego życia – arbuz. W drodze powrotnej do Hsinchu obowiązkowa rozrywka wszystkich Tajwańczyków czyli Karaoke ale o zwyczajach i obyczajach w następnym odcinku (ponieważ ze względu na naukę nic ciekawego w moim życiu się nie będzie działo:)).

Nasi przewodnicy podsumowując wycieczkę stwierdzili, że byliśmy najszybszą grupą jaką do tej pory przewodzili i robiliśmy najwięcej zdjęć ze wszystkich a oto dowód:

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/Yushan#

PS: Na pytanie czy wybrałabym się po raz drugi na wycieczkę odpowiedź brzmi tak. Na pytanie czy wiedząc co będzie na szczycie atakowałabym ponownie odpowiedź brzmi nie.

Kategorie:Bez kategorii
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.