Archiwum

Archiwum dla Maj 2010

Bonanza chilly szczęśliwa passa

Maj 14, 2010 2 uwag

Jeszcze dobrze nie skończyłam pisać poprzedniego odcinka a tu już kolejne historie czekają w kolejce do opisywania. Zacznę od podzielenia się z Wami moim małym, prywatnym sukcesem. Aplikowałam o szkołę letnią do Korei (Południowej oczywiście) początkowo nie dawałam sobie zbyt wielu szans biorąc pod uwagę fakt, że na 15 000 studentów naszej uczelni przypada jedno miejsce. Tak się jednak złożyło, że to jedno małe miejsce jest przeznaczone dla mnie!!! I oto wszem i wobec ogłaszam, że dnia 28 czerwca 2010 roku Co MAJą na Tajwanie przemieni się w Co MAJą w Korei. A w planie dużo atrakcji zajęcia ( w końcu to szkoła:P) z historii, gotowania, sztuk walki, kaligrafii i języków a oprócz tego wycieczki w nieskończonej ilości a wszystko dzięki stypendium Lion’s Scholarship od dziś kocham wszystkie lwy na świecie…. no tak nawet tajwańskie lwy czyli psy imitujące królów zwierząt. Wszystkie żółte psy są prawie w całości wygolone za wyjątkiem tyłu łap, głowy oraz końcówki ogona. Wygląda to komicznie co mam nadzieję kiedyś uda mi się sfotografować.

PIĄTEK

W piątek udałam się do Tajpei w celach rekreacyjno-turystycznych. Głównym celem podróży była wystawa Leosia Da Vinciego. Dzięki uprzejmości muzeum czartoryskich z Krakowa mogłam po raz pierwszy podziwiać “Damę z Łasiczką”. Ilość wynalazków Leosia zrobiło na mnie ogromne wrażenie szczególnie, że były one prekursorem wielu urządzeń używanych po dziś dzień takich jak: płetwy, strój płetwonurkowy, helikopter, wiatromierz oraz masa urządzeń wykorzystująca różnego rodzaju zębatki do podnoszenia, obracania, dźwigania różnych rzeczy przy użyciu małej ilości siły. Pytanie brzmi czy on miał syna??? Z takim to na pewno bym się nie nudziła:P Pogoda nas w piątek nie rozpieszczała (deszcze monsunowe) jednak nie zniechęciło nas to do dalszego zwiedzania stolycy (udokumentowanej kilkoma zdjęciami).

SOBOTA (ręczna robota – coś humor mnie nie opuszcza dzisiaj).

Po południu wybraliśmy się do kręgielni. Ani razu NIE PRZEGRAŁAM!! bo też ani razu nie zagrałam. Chociaż nie ukrywam zastanawiałam się nad graniem nogami ale w spódnicy mogłoby to dziwnie wyglądać. Sprawdziłam się za to jako kibic (ćwiczę kibicowanie przed wyścigiem dragon boat:P). Zmęczeni i głodni wybraliśmy się na tajskie jedzenie kto jadł ten wie niebo i piekło w gębie. Niebo ze względu na smak, piekło ze względu na ostrość potraw. Wypaliwszy wszystkie kubki smakowe udaliśmy się na nieistniejące “jedno małe” jak to na polaków przystało pod sklep co jest całkowicie legalne a co najważniejsze wygodne. Stoliczek, parasolki oraz ubikacja w sklepie, z której klienci po skonsumowaniu złocistego napoju mogą korzystać. Tak wprawieni w dobre humory postanowiliśmy się udać na karaoke. Różnica między tajwańskim a polskim karaoke jest taka, że w repertuarze nie ma smętów polskiej sceny lat 80 a piosenki a’la hallo kitty np Barbie Girl, która nota bene całkiem nieźle nam poszła:)

NIEDZIELA

Z 12 osób zadeklarowanych na dzielną wycieczkę na miejsce zbiórki zjawiło się 6 osób w składzie 2x Francuz 2x Szwajcar 1x Singapurczyk i 1x Polka nazwana przez resztę grupy babcią (z powodu zaawansowanego inwalidztwa). Udaliśmy się w góry ale żeby było śmieszniej taksówkami:D. Znając już co nieco tajwańskie realia wiedzieliśmy, że japonki i sandałki będą odpowiednimi obuwiami do pieszej wędrówki (co może się wydać troszkę zaskakujące na zdjęciach). Przyzwyczajam się powoli do życia w zasiedmiogórogrodzie i na wycieczki biorę małą ilość napoi bo można je kupić wszędzie i to bez żadnej przebitki cenowej (ździerstwo jeszcze tutaj nie dotarło). Więc idziesz sobie idziesz a tu nagle w środku zadupia wyrasta ci sklepik z napojami gdzie pani dodaje ci gratis kubeczek z lodem. I tak oto po górach chodziliśmy nie tylko w klapeczkach (ze względu na idealnie przygotowane schody lub ścieżki o nie największym nachyleniu) popijając sobie wodę z lodem. Jeszcze szampan i truskawki i byłabym w raju:P Cała wycieczka upłynęła w miłej atmosferze a dobre humory nie opuszczały nas do końca.

Po raz kolejny upewniłam się, że jestem… świnią.. i to wodną świnią! Ale lepiej być świnią niż królikiem:P Chiński horoskop to najlepszy sposób żeby nie pytając się kobiety o wiek dowiedzieć się ile ma lat. Świnią np może być osoba w z mojego rocznika lub 12 lat starsza v młodsza. Chociaż trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w przypadku skośnookich kobiety nie trudno jest pomylić kobietę 40 letnią z 20 latką.

Weekendowy nastrój udzielił mi się na resztę dni tygodnia. W poniedziałek udawałam, że jest niedziela i poszłam na wagary na wykład pt: “Polish transformation after 1998″ prowadzony gościnnie przez doktora z Uniwersytetu Marii Skłodowskiej Curie. Pan okazał się sympatycznym kolesiem więc zaprosiliśmy go we wtorek (polskie stowarzyszenie studentów na obczyźnie:p) na Tapanyaki. Za tą dziwną nazwą kryje się jedzenie (w różnej formie) przygotowywane przed tobą na metalowych blatach.

W środę wraz z moją współlokatorką (singapurka) i jej nie mówiącymi po angielsku tajwańskimi znajomymi udaliśmy się na mecz bejsbolowy. Mecz fajny, gra mi się podoba chociaż po 3 godzinach dalej nie byłam w stanie zrozumieć wszystkich zasad. Najlepszym punktem programu okazała się dziewczynka, która nie mogła ode mnie oderwać oczu szczególnie po tym jak zauważyła, że reaguje na jej wygibasy. Toteż przez “ostatnie” 2 godziny meczu bawiłyśmy się w różne gry gaworząc sobie sympatycznie po chińsku (to znaczy ona coś mówiła a ja się uśmiechałam). Jedna z gier polegająca na naśladowaniu min została udokumentowana na zdjęciach.

W czwartek przeszłam szybki kurs parzenia herbaty, który określiłabym jako czasochłonny:P Oryginalna zielona herbata smakuje tak samo jak ta, którą kupuję w kerfurze w Gliwicach:)

Dzisiaj (piątek) po raz kolejny pojechałam zwiedzać Tajpej dzisiejszy cel to sławne na całym świecie Palace Museum. Wycieczka udana a muzeum jak muzeum..:)

Udokumentowany tydzień możecie podziwiać tutaj:):

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/TaipeiHsinchuLionSMountain#5471141463979559106

PS: Jutro idę ściągać szwy. Trzymacie kciuki!

Pechowy miesiąc..

Maj 8, 2010 2 uwag

Kwiecień plecień co przeplata trochę zimy, trochę lata i przykrych wydarzeń… Wszystko jak na złość skumulowało się w tych 30; rozbity samolot, wulkan, poważna choroba bliskiej mi osoby, zerwanie zaręczyn przez (byłego już) narzeczonego mojej współlokatorki no i mój mały skromny wypade:/ Na pytanie co mi się stało odpowiadam zazwyczaj historyjkami bagatelizującymi przecięte ścięgno i 9 szwów na mojej lewej dłoni:

Historia 1. Wersja dla nauczycieli i studentów zarządzania operacyjnego: “Chciałam sprawdzić empirycznie pojemność, użyteczność, jakość i koszty poszczególnych etapów całego procesu leczenia i tym samym zdiagnozować “wąskie gardło” będące podstawą usprawnienia szpitala Mackey w Hsinchu.

Historia nr 2. Wersja dla ludzi, których nie zaszczyciłam swoją obecnością na grillu a którzy mieli okazję spróbować sałatki z krwawiącym sosem:P Starałam się im wytłumaczyć, że ten wieczór chciałam spędzić w bardziej wykształconym towarzystwie. Wystarczającym pretekstem do spędzenia piątkowego popołudnia i wieczoru z lekarzami było zwykłe przecięcie ręki. Jednak już po krótkiej chwili pobytu w szpitalu zatęskniłam za grillowiczami chociażby ze względu na brak znajomości angielskiego przez 90% personelu w szpitalu oraz rachunek jak dostałam na koniec tej imprezy.

Historia nr 3 długo utrzymywana w tajemnicy co by uniknąć reakcji “znowu”:) Zawsze marzyłam o tym by zostać “mistery shopperem” modląc się o to miałam jednak na myśli sklepy, hotele, bądź restauracje ale chyba ktoś w niebie mnie źle wysłuchał albo nie było wolnych wakatów i przez pomyłkę dostałam szpitale.

Podsumowując wydarzenie:

- nigdy więcej nie będę przygotowywać jedzenia na grilla (nierealne ale pomarzyć dobra rzecz:))

- poziom obsługi szpitala na Tajwanie przebił Belgię nie mówiąc już o Polsce

- lewa ręka unieruchomiona na 6 tygodni po czym czeka mnie mała rehabilitacja więc pożegnałam się wiosłowaniem na zawodach (staram się o pozycję rozdawacza napoi i ręczników ale nie wiem czy mnie przyjmą:P). Na początku jednak nie było mi z tą wiadomością do śmiechu… No ale life is life

- żadne unieruchomienie ręki nie przeszkadza mi w atakowaniu pod koniec maja największego szczytu Tajwanu (Yushan 3952 m n.p.m) oraz dalszego uczestnictwa w treningach (w tym miejscu pozdrawiam lekarzy i rodziców:))

WYCIECZKA ROWEROWA

Kilka wspomnień sprzed wypadku:) Korzystając z beznadziejnej pogody w weekend (bo tu tak jak w Polsce piękna pogoda jest od poniedziałku do piątku) udaliśmy się (Polka, Szwajcar, Singapurczyk) na wycieczkę rowerową trasą wzdłuż wybrzeża. Zaraz po tym jak wypożyczyliśmy rowery (9 zł za cały dzień plus woda i popcorn gratis – tajwanczycy są bardzo mili ale czasami zapominają zarabiać pieniądze:)). Deszcz padał coraz mocniej. Udaliśmy się więc na targ rybny gdzie miałam okazję zobaczyć ryby i skorupiaki każdej wielkości i we wszystkich kolorach (dołączam kilka zdjęć). Po dwóch godzinach biesiadowania zorientowaliśmy się, że deszcz nie przestanie padać więc po zakupie ekshibicjonistycznych pelerynek wyruszyliśmy w 40 km trasę. Daliśmy radę mimo, że nasze rowerki były zrobione na metr dwadzieścia(przy max położeniu siodełka) co przepłaciliśmy bólem kolan i dupska. Kolega singapurczyk po raz pierwszy miał okazję wybrać się z dwoma “białymi” więc ubaw miał po pachy.  Popłakał się ze śmiechu kiedy “spowodowaliśmy” dwa wypadki na drodze. Z powodu zagapienia na białogłowych jedna z osób walnęła w słup druga zderzyła się ze ścianą. Na koniec dnia zafundowaliśmy sobie sok z arbuza i trzciny cukrowej nic dodać nic ująć rewelka.

PENGHU chilly tajwańskie Hawaje

Wraz z ok 60 osobami udaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną przez jednego z moich zwichrowanych nauczycieli. Hawaje to to z pewnością nie były ale sporo ładnych miejsc i fajnych wrażeń. Począwszy od kupna polskich ciasteczek na lotnisku skończywszy na “chodzeniu na dnie morza”.

Zostaliśmy zakwaterowaniu w 5* hotelu( za który nie płaciliśmy ani grosza), pokój jak marzenie, taras z huśtawką, widok na morze cud, miód i orzeszki z małym wyjątkiem w dwuosobowym pokoju mieszkało 7 dziewczyn. Biorąc pod uwagę to, że plan wycieczki był bardzo napięty i od świtu do nocy zaplanowany. Ciężko było po nocnej integracji wstać o 5:40 żeby zając sobie kolejkę do łazienki. Na szczęście ja wchodziłam ostatnia więc mogłam spokojnie spać do 6:40:P

Pierwszego wieczoru na grillu każdy musiał się przedstawić na podstawie prezentacji wysłanej wcześniej i wszystko byłoby dobrze gdybym zamiast “If you have any problems…” powiedziała “I you have any questions..” Wszyscy byli bardzo poważni a to była przecież gafa z serii “możecie się śmiać z biednej polskiej dziewczynki”. No nic, problemów widocznie żadnych nie mieli:P

Zwiedziliśmy kilka wysp, pomiędzy którymi przemieszczaliśmy się łódkami chociaż mogłabym to bardziej porównać do jazdy na rollercosterze. Nie wszyscy podzielali mój entuzjazm i większość przesypiała całą podróż. Pierwszy obiad udało nam się zjeść na pływającej platformie. Ostrygi “all you can eat” and we can eat many:P Po napełnieniu brzuszka przywdziałam kamizelkę ratunkową i poszłam łowić ośmiornicę, płaszczki i rekiny (bez komentarza:)). Jedna z ośmiornic zjadła mój identyfikator, który widocznie jej nie smakował bo oblała mnie później wodą. Pogoda pierwszego dnia nas nie rozpieszczała ale zmagania z wiatrem były dość fajną przygodą.

Różnica dobowych pływów była bardzo duża w związku z tym w nocy mogliśmy swobodnie pójść kilkaset metrów w głąb morza. Po “drodze”- dnie napotkaliśmy farmę ostryg, która w ciągu dnia jest pod wodą. Trzeba było uważać żeby nie nadepnąć na rozgwiazdy które były porozrzucane co ok metr. Jako, że nie grzeszyliśmy już trzeźwością szukaliśmy kopulujących rozgwiazd o jak największej liczbie uczestników.

O byczeniu nie było mowy wszystko co do minuty zaplanowane. Atrakcji co niemiara najpiękniejszy pokaz sztucznych ogni w życiu (o głowę przebijał całonocny pokaz w Ketning) a wiedzcie, że chińczycy potrafią! Oprócz przyjemności jako studenci zarządzania musieliśmy ruszyć troszkę głową podczas spotkania z rządem tej wyspy. Kilka osób przedstawiało swoje pomysły na temat promocji odwiedzanych przez nas miejsc w tym – jak pech to pech – ja. Na zdjęciu możecie zobaczyć jak uśpiłam słuchaczy:P W ramach podziękowań za nasze sugestią zaprosili nas na kolację do luksusowego hotelu gdzie dane nam było spróbować wiele baaaaaardzo smacznych potraw ( w tym po raz pierwszy meduzę) oraz wypić kilkanaście kolejek “Gambei” co oznacza “na exa” czyli do dna albo jak kto woli na hejnał:) Na początku się dziwiłam czemu do piwa dostajemy takie małe szklaneczki (literatki) ale po paru gambejach zrozumiałam czemu są takie małe:P Dobry humory nie opuszczały nas przez cały wyjazd co możecie zobaczyć na zdjęciach.

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/PenghuHsinchu#

Zachęcam do czytania podpisów pod zdjęciami:)

Zaraz wybieram się na spotkanie z ludźmi z wycieczki dlatego wypad do Taipei opisze później.

Bardzo gorąco wszystkich pozdrawiam i czekam na wieści z Polski!


Kategorie:Penghu/Hsinchu
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.