Strona główna > Hsinchu > Opowieści dziwnej treści czyli co u mnie nowego..

Opowieści dziwnej treści czyli co u mnie nowego..

Zarzuty dotyczące zaniedbywania mojego bloga nie są do końca prawdziwe  jedyne co uległo zmianie to częstotliwość pojawiających się opowieści a i to nie aż tak bardzo. Jedyne co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie to to, że “się dzieje się” a żeby mieć wam co opisywać muszę brać we wszystkich aktywnościach czynny udział. Nawet nie wiecie jak muszę się poświęcać dla was aby zdobyć wrażenia, ciekawe opowieści, zdjęcia:). Wyjazdy, wycieczki, wypady, spotkania, treningi, imprezy a to wszystko dla WAS moi drodzy:P Ale do rzeczy:

W ubiegły piątek na terenie uczelni odbył się festyn, którego miałam okazję spróbować różnych ciekawych potraw takich jak: śmierdzące tofu, omlet z małżami, chińskie grzyby, sushi, które raczyłam zapijać napojem ze smoczego owoca tudzież moim ukochanym sokiem arbuzowym zwanym po chińsku SI guozhi. Pewnie każdy z was się domyśla, że pierwsza część nazwy odnosi się do czynności, którą wykonujesz w 5 minut po skonsumowaniu półlitrowego kubka owego eliksiru:) Zabawy, hulanki i swawole zostały przerwane napływem informacji z Polski, które wolałabym pozostawić bez komentarza(…).

Niedziela – zadowol przyjaciela jak mawiają niektórzy. Ja jednak postanowiłam zaspokoić swoją ciekawość świata udając się na wycieczkę do Jioufen and Keelung. Podróż przez cały dzień umilał nam kierowca, którego niespełnionym marzeniem było zostanie kierowcą rajdowym. W związku z tym wszystkie górskie serpentyny pokonywał z prędkością światła. Jioufen przywitało nas małym deszczykiem toteż wycieczkę rozpoczęliśmy od konsumpcji regionalnych smakołyków. Wśród rzeczy, które mogę jako tako określić w języku polskim były: kluski z taro, dziwnie czerwone mięso zawijane w żelową galaretę, truskawki i pomidory w cukrze oraz wiele, wiele innych niezidentyfikowanych dań. 3 godzinny spacer uraczył nas pięknymi widokami na zatoką oraz otaczające nas góry. Późnym po południem udaliśmy się do Keelung miasta słynnego z jednego z większych “night marketów” (miejsc gdzie można zjeść i kupić wszystko). Tam też udało mi się zjeść najlepsza z dotychczasowych zup oraz skonsumować dość przysadzistego kraba zapijając wszystko oczywiście sokiem arbuzowym. Żeby zakończyć już temat jedzenia dodam tylko, że udało mi się w tym tygodniu wypić jeszcze herbatę z chryzantem oraz dyni.

We wtorek moja lao shi (nauczycielka chińskiego) poprosiła mnie żebym wytłumaczyła grupie jak należy uczyć się chińskiego. Na początku zmieszana nie wiedziałam o co jej chodzi potem jednak okazało się, że chciała mnie pochwalić za pilność co było bardzo miłe…

A w tygodniu była nauka, trening, nauka, badminton, nauka, trening, nauka i ……gorące źródła. Wycieczka słabo zaplanowana czyli tak bardzo popularny w Europie spontan. Na początku nie dziwiłam się czemu tajwańczycy nie są entuzjastycznie nastawieni do spontanów. Jednak po wczorajszej wycieczce jestem w stanie to zrozumieć. Bariera językowa jeszcze bardziej powiększyła coś co początkowo nazwaliśmy “małą przygodą”:P. Jak się okazało miejsce, którego nazwę odczytaliśmy z chińskiej strony internetowej owszem istnieje jednak troszkę w innym miejscu niż myśleliśmy. Miejsca naszych przesiadek zawdzięczamy kolektywnym decyzjom współpasażerów mówiących po angielsku tyle ile ja po islandzku (nadal nie umiem nauczyć się nazwy tego wulkanu!!!). Jednak myślę, że w ostatnim autobusie “trochę” źle nas zrozumieli i zasugerowali abyśmy wysiedli w miejscu gdzie oprócz brudnego strumyka nie było nic. Dzięki uprzejmości jednego ( i jedynego) człowieka, którego spotkaliśmy po środku pustkowia dotarliśmy finalnie do gorących źródeł. Po takiej podróży naprawdę zasługiwaliśmy na kąpiele, saunę, bicze wodne i jacuzzi nic dodać nic ująć było cudowanie… Po tak wyczerpującym dniu i pysznym tapanyaki (potrawy przygotowywane są bezpośrednio pod twoim nosem udaliśmy się do holendrów na jedno małe. “Małe” niestety ze względu na 7 godzin zajęć dzisiaj. Nie ominęła mnie jednak “drinking game”. Nie tak skąplikowana i zabawna jak ta, którą grałam w Polsce (z tego miejsca chciałam pozdrowić ekipę Gogo Power Rangers oraz Oral B-Oral C). Gra polega na wypiciu jednego łyka za każdym razem gdy padnie fraza “one more time”  w piosence Duft Punk’a “One more time”. Dodam, że zdanie to pada 47 razy w trakcie trwania całej piosenki.

Jutro natomiast wybieram się na wycieczkę rowerową wzdłuż wybrzeża o jeżeli pogoda nam na to pozwoli.

Do miłego!

PS: Piszcie do mnie:(((

PPS: Szwajcarzy tak samo jak Polacy lubią znajdować preteksty do picia. Jednak z firm produkujących piwo za każdą zakupioną zgrzewkę piwa obejmował ochroną 1 m2 lasów deszczowych. Można powiedzieć, że w tym okresie bardzo wiele osób stało się zawziętymi ekologami. Ciekawa jestem miny ludzi słyszących z wielu ust hasło “Chodźmy uratować lasy deszczowe”. Jeden z zasłyszanych toastów, którego nie miałam jeszcze okazji wypróbować to: “za pierwszy piątek tego tygodnia”.

PPPS: W każdym sklepie na Tajwanie można kupić jednorazowe majtki i skarpetki?!?! wtf?!!?

PPPPS: Zdjęcia z wydarzeń opisanych powyżej. http://picasaweb.google.com/agata.maj/OpowiesciDziwnejTresci#

Kategorie:Hsinchu
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.