Archiwum

Archiwum dla Kwiecień 2010

Opowieści dziwnej treści czyli co u mnie nowego..

Kwiecień 17, 2010 Dodaj komentarz

Zarzuty dotyczące zaniedbywania mojego bloga nie są do końca prawdziwe  jedyne co uległo zmianie to częstotliwość pojawiających się opowieści a i to nie aż tak bardzo. Jedyne co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie to to, że “się dzieje się” a żeby mieć wam co opisywać muszę brać we wszystkich aktywnościach czynny udział. Nawet nie wiecie jak muszę się poświęcać dla was aby zdobyć wrażenia, ciekawe opowieści, zdjęcia:). Wyjazdy, wycieczki, wypady, spotkania, treningi, imprezy a to wszystko dla WAS moi drodzy:P Ale do rzeczy:

W ubiegły piątek na terenie uczelni odbył się festyn, którego miałam okazję spróbować różnych ciekawych potraw takich jak: śmierdzące tofu, omlet z małżami, chińskie grzyby, sushi, które raczyłam zapijać napojem ze smoczego owoca tudzież moim ukochanym sokiem arbuzowym zwanym po chińsku SI guozhi. Pewnie każdy z was się domyśla, że pierwsza część nazwy odnosi się do czynności, którą wykonujesz w 5 minut po skonsumowaniu półlitrowego kubka owego eliksiru:) Zabawy, hulanki i swawole zostały przerwane napływem informacji z Polski, które wolałabym pozostawić bez komentarza(…).

Niedziela – zadowol przyjaciela jak mawiają niektórzy. Ja jednak postanowiłam zaspokoić swoją ciekawość świata udając się na wycieczkę do Jioufen and Keelung. Podróż przez cały dzień umilał nam kierowca, którego niespełnionym marzeniem było zostanie kierowcą rajdowym. W związku z tym wszystkie górskie serpentyny pokonywał z prędkością światła. Jioufen przywitało nas małym deszczykiem toteż wycieczkę rozpoczęliśmy od konsumpcji regionalnych smakołyków. Wśród rzeczy, które mogę jako tako określić w języku polskim były: kluski z taro, dziwnie czerwone mięso zawijane w żelową galaretę, truskawki i pomidory w cukrze oraz wiele, wiele innych niezidentyfikowanych dań. 3 godzinny spacer uraczył nas pięknymi widokami na zatoką oraz otaczające nas góry. Późnym po południem udaliśmy się do Keelung miasta słynnego z jednego z większych “night marketów” (miejsc gdzie można zjeść i kupić wszystko). Tam też udało mi się zjeść najlepsza z dotychczasowych zup oraz skonsumować dość przysadzistego kraba zapijając wszystko oczywiście sokiem arbuzowym. Żeby zakończyć już temat jedzenia dodam tylko, że udało mi się w tym tygodniu wypić jeszcze herbatę z chryzantem oraz dyni.

We wtorek moja lao shi (nauczycielka chińskiego) poprosiła mnie żebym wytłumaczyła grupie jak należy uczyć się chińskiego. Na początku zmieszana nie wiedziałam o co jej chodzi potem jednak okazało się, że chciała mnie pochwalić za pilność co było bardzo miłe…

A w tygodniu była nauka, trening, nauka, badminton, nauka, trening, nauka i ……gorące źródła. Wycieczka słabo zaplanowana czyli tak bardzo popularny w Europie spontan. Na początku nie dziwiłam się czemu tajwańczycy nie są entuzjastycznie nastawieni do spontanów. Jednak po wczorajszej wycieczce jestem w stanie to zrozumieć. Bariera językowa jeszcze bardziej powiększyła coś co początkowo nazwaliśmy “małą przygodą”:P. Jak się okazało miejsce, którego nazwę odczytaliśmy z chińskiej strony internetowej owszem istnieje jednak troszkę w innym miejscu niż myśleliśmy. Miejsca naszych przesiadek zawdzięczamy kolektywnym decyzjom współpasażerów mówiących po angielsku tyle ile ja po islandzku (nadal nie umiem nauczyć się nazwy tego wulkanu!!!). Jednak myślę, że w ostatnim autobusie “trochę” źle nas zrozumieli i zasugerowali abyśmy wysiedli w miejscu gdzie oprócz brudnego strumyka nie było nic. Dzięki uprzejmości jednego ( i jedynego) człowieka, którego spotkaliśmy po środku pustkowia dotarliśmy finalnie do gorących źródeł. Po takiej podróży naprawdę zasługiwaliśmy na kąpiele, saunę, bicze wodne i jacuzzi nic dodać nic ująć było cudowanie… Po tak wyczerpującym dniu i pysznym tapanyaki (potrawy przygotowywane są bezpośrednio pod twoim nosem udaliśmy się do holendrów na jedno małe. “Małe” niestety ze względu na 7 godzin zajęć dzisiaj. Nie ominęła mnie jednak “drinking game”. Nie tak skąplikowana i zabawna jak ta, którą grałam w Polsce (z tego miejsca chciałam pozdrowić ekipę Gogo Power Rangers oraz Oral B-Oral C). Gra polega na wypiciu jednego łyka za każdym razem gdy padnie fraza “one more time”  w piosence Duft Punk’a “One more time”. Dodam, że zdanie to pada 47 razy w trakcie trwania całej piosenki.

Jutro natomiast wybieram się na wycieczkę rowerową wzdłuż wybrzeża o jeżeli pogoda nam na to pozwoli.

Do miłego!

PS: Piszcie do mnie:(((

PPS: Szwajcarzy tak samo jak Polacy lubią znajdować preteksty do picia. Jednak z firm produkujących piwo za każdą zakupioną zgrzewkę piwa obejmował ochroną 1 m2 lasów deszczowych. Można powiedzieć, że w tym okresie bardzo wiele osób stało się zawziętymi ekologami. Ciekawa jestem miny ludzi słyszących z wielu ust hasło “Chodźmy uratować lasy deszczowe”. Jeden z zasłyszanych toastów, którego nie miałam jeszcze okazji wypróbować to: “za pierwszy piątek tego tygodnia”.

PPPS: W każdym sklepie na Tajwanie można kupić jednorazowe majtki i skarpetki?!?! wtf?!!?

PPPPS: Zdjęcia z wydarzeń opisanych powyżej. http://picasaweb.google.com/agata.maj/OpowiesciDziwnejTresci#

Kategorie:Hsinchu

wiosenno-letnia przerwa

Kwiecień 6, 2010 4 uwag

Niezależnie od tego czy jest się w Polsce czy na Tajwanie przerwa na początku kwietnia każdemu się należy. Korzystając z okazji postanowiłam wybrać się na 4 dni do Kenting miasteczka położonego na południowym krańcu Tajwanu, które na kilka dni zamieniło się w festiwalową wioskę. Wiosenna przerwa w letnią pogodę tego nam było trzeba. Przerwa ta była zbawieniem szczególnie po dość udanym weekendzie oraz pracowitym środku tygodnia. Zacznę więc od początku.

IMPREZOWO

Niestety planowanej półrocznej abstynencji nie udało się dotrzymać a to za sprawą rozrastającej się liczby kontaktów towarzyskich (niestety w większości poza azjatyckich) co spowodowało, że na 72 godziny zapomniałam, że jestem na Tajwanie. Piątkowa impreza latynoska zakończyła się o 9 rano na wspólnym międzynarodowym śniadaniu i po kilku godzinach spania poszliśmy na “obiad”.

Po ciężkim łikendzie nastał okres pierwszych kolokwiów. Na pierwszy ogień poszedł język chiński gdzie pod 98% (chiński dziobak) pojawił się napis “hen hao” co w mniej więcej oznacza “bardzo dobrze” oraz… uśmiech taki z oczkami i ustami “:)” (to tak a propos infantylnej postawy tajwanczyków w tym nauczycieli). Po zaliczeniu jeszcze jednego kolokwium postanowiliśmy uczcić nadejście przerwy wiosennej…. filmem. Nasz film zakończył się nad jeziorem położonym na naszym kampusie gdzie przy akompaniamencie gitary śpiewaliśmy na parę głosów “Panie Janie” (w różnych językach).

WEEKEND

W piątek rano wraz z dwoma Polakami i Szwajcarem udaliśmy się na długi weekend na południe Tajwanu. Po kilku godzinnej jeździe autobusem dotarliśmy do Kaosiung miejsca ostatniej przesiadki gdzie miała do nas dołączyć znajoma Tajwanka. W tak zwanym międzyczasie atakowali nas miejscowi oferując przewóz w tej samej cenie co autobus. Grzechem było więc nie skorzystać. Wiedzieliśmy, że będzie szybko ale nie aż tak. Trasę 3 godzinną zrobił w 2 godziny czym dostarczył nam nie lada wrażeń szczególnie, że większość trasy jechał na pasie dla skuterów (gdzie według naszej oceny na pewno się nie zmieści) bądź poboczo-chodnikiem. Według naszych szacunków parę kilometrów zrobiliśmy również offroadem (coś między trawnikiem a piaskiem). Pan taksówkarz nie znał żadnych zasad obowiązujących na drodze a ponadto był prawdopodobnie daltonistą bo ciągle mu się wydawało, że to nie czerwone tylko ciemnopomarańczowe światło:P Po przyjeździe na pole namiotowe zostaliśmy przywitani głosem z megafonu mówiącym, że niestety biali przyjechali co mimo słabej znajomości chińskiego zrozumieliśmy bez problemu. Nie zniechęciło to nas jednak do rozbicia namiotu pod palmą. Wymyśliliśmy więc grę, że za każdym razem jak usłyszymy głos z megafonu musimy usiąść (lub kucnąć jeżeli podłoże nie jest odpowiednie) nie mogliśmy też mówić innym czemu tak robimy.  Po rozbiciu obozowiska udaliśmy się do miasta wypożyczyć skutery. Cena trochę nas odstraszyła w związku z tym postanowiliśmy się nieco ścisnąć na jednym skuterze pojechali chłopcy (2osoby) na drugim dziewczynki (ilości sztuk 3). Mi przypadło zaszczytne miejsce w drugim rzędzie:P Baliśmy się, że tym samym wzbudzimy zainteresowanie panów w niebieskich mundurach jednak co ciekawa oni jako jedyni udawali, że nas nie widzą. Wieczorem camping był pełen a połowa jak się okazało to nasi znajomi:)

Kąpiele w morzu, kilku godzinny spacer po parku narodowym z pięknymi widokami to tylko kilka atrakcji przewidzianych na sobotę. Gwoździem programu miał być koncert muzyki elektronicznej, na który udaliśmy się na skuterach (oddalony o jakieś 20 km), który w dalszej części programu posłużył nam za magazyn napoi wyskokowych. Po rozgoszczeniu się na murku koło skrzyżowania, na którym ruchem kierował policjant rozpoczęliśmy naszą grę, która polegała na tym, że gdy usłyszymy gwizdek każdy musi wypić łyka swojego “napoju”. Musze przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że policjanci gwiżdżą tak ekspresyjnie co tylko wywołało u nas kupę śmiechu i mimo dużej ilości alkoholu przyśpieszyło nasz biforek. Koncert był ok europejscy dj’e więc nie do końca to co chciałam zobaczyć. Jednak kto szuka nie błądzi i tak na terenie festivalu znaleźliśmy darmową trampolinę, którą nie omieszkaliśmy okupować przez dość długi czas. Jednym słowem było git. Zmęczeni i głodni poranne gastro postanowiliśmy załatwić ośmiornicą z grilla co udało nam się w 100%. Niedzielny poranek do najlżejszych nie należał. i Szybko jednak doprowadziliśmy się do formy i poszliśmy popływać. Na mieście tłumy, w jadłodajniach tłumy, na plaży tłumy typowe miasteczko festiwalowe. Część osób pojechała po skutery gdzie nieopatrznie policjanci zaglądnęli to bagażnika wypełnionego butelkami i puszkami z poprzedniego wieczora. Jednak po kilku nieudanych próbach widocznie doszli do wniosku, że 2 osoby nie mogły wypić tyle alkoholu:P Ja wraz z kilkunastoma znajomymi udałam się na plażę gdzie spędziliśmy po południe. Nikomu nie chciało się iść do sklepu w związku z tym sklep przychodził do nas:P Jakie było moje zaskoczenie gdy sprzedawcy w firmowych strojach z jednego z pobliskich supermarketów zbierali zamówienia na plaży i dostarczali zamówione zakupy w przeciągu kilku minut. Grzechem więc było nie skorzystać…. Wieczór zakończyliśmy imprezą na plaży gdzie cały czas puszczali sztuczne ognie. Niesamowite widoki przez parę godzin i długie rozmowy do rana jednym słowem cudo!

To tyle w telegraficznym skrócie dołączam link do zdjęć z wycieczki: http://picasaweb.google.com/agata.maj/Kenting02#

To są zdjęcia tylko z dwóch dni pozostałe dodam jutro do albumu. Reszta zdjęć w kolejnych odcinku “Co MAJą na Tajwanie”.

PS: Wszystkie piwa azjatyckie: japońskie, koreańskie, tajwanskie, singapurskie smakują tak samo

PPS: W Szwajcarii ludzi masowa “wypisują się” z kościoła katolickiego ponieważ pozostanie “w wierze” łączy się ze ściąganiem z pensji kwoty wynoszącej kilka set złotych rocznie.

Kategorie:Kenting
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.