Kimchee

Lipiec 13, 2010 3 uwag

Czas na kolejny koreański odcinek tym razem bez ckliwych powrotów do tajwańskich czasów. Tajwan zawsze będzie dla mnie wyjątkowym miejscem i chętnie będę wracać do niego myślami..

A w tymczasem, borem, lasem przygoda za przygodą, wycieczka za wycieczką dużo ciekawych zajęć i mnóstwo atrakcji. Zanim jednak przejdę do ich opisywania kilka spostrzeżeń ostatnich dni. Koreanki to piękne kobiety bardzo modnie i dziewczęco ubrane, obowiązkowo make up. Wśród Panów zapanowała moda na obcisłe spodnie 3/4 (woda w piwnicy) lub 7/8 (brodzenie w wodzie) co wygląda nieco komicznie zwłaszcza gdy facet ma umięśnione nogi:). Wśród mniej elitarnej części panów panuje moda na skarpetki w klapkach czyli bardzo zbliżonej do naszego klasycznego polskiego zestawu skarpetki+sandałki. Panowi są bardziej otwarci i chętni do pomocy niż panie (odwrotnie niż na Tajwanie) co podoba się wielu uczestniczkom szkoły letniej (zwłaszcza Niemkom).

Trzy najpopularniejsze marki samochodów na Tajwanie miejsce trzecie: KIA miejsce drugie: HYUNDAI (który nota bene produkuje jeszcze statki i mnóstwo innych rzeczy) no i miejsce pierwsze należy do firmy: SAMSUNG. Zajęło mi to parę dni żeby zorientować się jaka marka kryje się za tym dziwnym znaczkiem w kształcie owalnego kółeczka. Samsung (marka koreańska) posiada znacznie więcej niż sprzęt elektroniczny: samochody, nieruchomości (stadiony, domy handlowe, mieszkania) itp.

Mimo wszelkich starań, braku snu i poświęcenia każdej wolnej chwili na poznawanie Seulu nie udało mi się jeszcze zwiedzić ok 99% tego miasta a to wszystko przez ogrom zajęć i wycieczek oferowanych przez ten program. W ostatnich dniach próbowałam sztuki kaligrafii pod bacznym okiem profesjonalisty. Muszę jednak przyznać, że pisanie chińskich szlaczków dostarcza mi dużo większej przyjemności. Lekcja ubioru zakończona przymierzaniem Hanbok’a tradycyjnego koreańskiego stroju sprawiło nie mała radość szczególnie tym paniom, które choć raz mogły się poczuć jak małe księżniczki. Ja zostałam ubrana w strój panny młodej (żebym mogła przynajmniej raz poczuć się jakbym szła do ołtarza:)). Po przymiarkach robiliśmy zakładki do książki z tradycyjnego wycinając różne wzory z ręcznie tkanych materiałów. W tym samym dniu odbyły się zajęcia z prima baleriną z tańca koreańskiego podczas, którego mogliśmy pokazać nasze kocie ruchy a przy tym dość nieźle się bawić. Nic jednak nie zastąpi lekcji gry na tradycyjnych bębenkach. Mimo, że nie mogłam chwycić porządnie pałeczki, z powodu jeszcze niezrehabilitowanej ręki, to i tak udało mi się uderzać rytmicznie. Na końcu bardziej rozrywkowa część dnia jazda autkami, którymi można było się zderzać. Miłe wspomnienie z dzieciństwa a do tego kupa śmiechu:) Może jak będę dorosła do kupie sobie takie mini lunapark? Dobry początek dnia zakończyliśmy na imprezie. Najpierw bifor z dobrą mocno zmodyfikowaną “drinking game” (dobrze znaną niektórym:P) później tańce wygibańca na mieście.

DMZ czyli zdemilitaryzowana strefa między Koreą PN i Pd. Było, że tak powiem interesująco… Niestety nie mogliśmy pojechać do obserwatorium ze względu na ostatnie wydarzenia oraz propagande, którą północna część puszcza przez głośniki. Dwie ciekawe historie związane z tymi Państwami. Południowcy mówiąc o tych dwóch krajach zawsze używają słowa Korea co oznacza, że dla większości jest to nadal jeden kraj ( i chcieliby żeby tak było mimo dramatycznych różnic w rozwoju gospodarczym). Ciekawostka nr 2 Korea Południowa w latach 70 i 90 odkryła 4 kilku kilometrowe tunele w demilitaryzowanej strefie, które finalnie miały znaleźć ujście w okolicach Seulu. Chciano ich użyć do ataku na Korea Południową (jak twierdzi Korea Pd). Korea Pn twierdzi, że są to tunele po kopalniane (w marmurze bo węgla to tam nima:P). Zafascynowani tematyką wojenna udałam się z dziewczynami do muzeum wojennego gdzie udało nam się pogłębić naszą wiedzę historyczną z tego zakresu.

Więcej w kolejnym odcinku CO MAJą na Tajwanie (part 2 Korea Południowa):) A oto kilka fotek:

http://picasaweb.google.com/agata.maj/Kimchee#

Kategorie:Bez kategorii

Taiwan vs. Korea

Lipiec 4, 2010 1 komentarz

Już jakiś czas porzuciłam Tajwan na rzecz Korei jednak duchem jestem nadal w Hsinchu. Za dużo emocji, wydarzeń, fajnych ludzi i pięknych miejsc by tak o zapomnieć o ostatnich kilku miesiącach. Zanim przejdę do opisywania koreańskich przygód powrócę do ostatnich tygodni na Tajwanie.

A dziać się oczywiście działo pomimo galopującej sesji, którą udało mi się zamknąć bez większych sensacji (chociaż wyników jeszcze nie mam i szczerze lata mi to koło … stypendium i tak mieć nie będę). Końcówka była mocno wycieczkowo-imprezowa z obowiązkowym wypadem na wierzę 101 w Tajpej (drugi najwyższy budynek z najszybszą windą na świecie), KTV (karaoke w wynajętym pokoju z all you can eat restauracją i szmuglowanym alkoholem) oraz wycieczkami do Taroko i Hualien( miasto, w którym jest 3-4 trzęsienia ziemi dziennie ale nie wtedy kiedy ja tam byłam). Co można podziwiać na linku znajdującym się na końcu wpisu. Ostatni weekend był bardzo wyczerpujący. W sobotę wróciłam z wycieczki rozczarowana brakiem trzęsienia ziemi i co zastałam burdel w pokoju (ponoć to moja sprawka) walizka pusta (to z pewnością moja sprawka) a tu za 15 h trzeba być na lotnisku wzięłam więc prysznic i…. poszłam na imprezę:P Powrót o 6 rano, dwu godzinny sen plus szybkie pakowanie nie było tym co chciałam robić po imprezie “all you can drink”. Udało mi się to jednak jakoś ze sobą połączyć przywdziałam okulary przeciw kacowe (przeciwsłoneczne) i udałam się taksóweczką na dworzec skąd miałam złapać pociąg na lotnisko. W tzw międzyczasie okazało się iż mój telefon postanowił zastrajkować i zmienił nieco godzinę tzw byłam spóźniona jakąś godzinkę. Poprosiłam więc pana taksówkarza łamaną chińszczyzną o zawiezienie na dworzec. Po drodze zorientowałam sie, że nie mam kasy na lotnisku nie mogłam wybrać pieniędzy z bankomatu. Na szczęście przemiły pan taksówkarz widząc moje zakłopotanie (i/lub stan) postanowiła dać mi małą zniżkę i zamiast 1400 Nt zapłaciłam 900. Dobiegłam do kantorka myśląc sobie, że najgorsze już za mną nic jednak mylnego co złego to zawsze mnie. Podając paszport przemiła pani poprosiła mnie o kartę kredytową, którą płaciłam za bilet. Karta ta znajdowała się mniej więcej na przedprożach |Atlantyku razem z jej właścicielem a moim ojcem więc dupa zbita. Pani grzecznie powiedziała mi, że nie mogę wejść do samolotu na to grzecznie jej odpowiedziałam, że chyba oczadziała. Po długich pertraktacjach, telefonie o 6 rano do mamy z prośbą o przeskanowanie jakiejś karety kredytowej wypuścili mnie z Republiki Chińskiej. Po dwóch godzinach drzemki w samolocie wylądowałam w Seulu.

Mieszkam sobie w mieszkaniu z Koreanką i angielką zaraz koło uczelni wiec poranny transport mojego jeszcze śpiącego ciała zajmuje mi 5 minut. Zajęcia w szkole zaczęły się w poprzedni poniedziałek a zakończą się sesją w skład której wchodzi esej oraz przedstawienie (sztuka, historia, kultura dowolny temat do wyboru. I jak na razie zero pomysłów. Nie wiem kto płaci za tą szkołę letnią ale musi to być baaardzo bogata osoba. Program wypełniony po brzegi różnorodnymi zajęciami i wycieczkami. Nie jestem w stanie opisać wszystkich atrakcji jakie mnie tu spotkały postaram się je jednak wymienić i nieco opisać (pod zdjęciami).

- zajęcia z historii i kultury koreańskiej, na których pan usilnie starał się mnie przekonać, że Konfucjusz absolutnie nie miał na myśli dyskryminacji kobiet ustalając relacje między kobietą i mężczyzną (analogiczną do seniora i wasala) oraz między ojcem i synem (NIE rodzicami i dziećmi bo co niektóre postacie z widocznymi zaokrągleniami z przodu nie były brane pod uwagę). Poza tym zajęcia bardzo ciekawe:)

-Taekkyon – czyli koreańska sztuka walki. Zajęcia bardzo ciekawe przeciwnik pokonany (z powodu nadmiaru śmiechu a nie użycia przemocy fizycznej:P)

- Tworzenie przedmiotów glinianych – garnuszków, obrazków, tabliczek itp

- Teatr NANTA super przedstawienie grane już od 30 lat (mają je również w Europie) Polecam!

- Wycieczka KyeongJu, gdzie oprócz zwiedzania świątyń i grobowców miałam okazję zobaczyć przedstawienie gdzie reżyserem, nareatorem i dźwiękowcem był pan kelner natomiast główną divą pani, która 3 minuty wcześniej przygotowywała dla nas przepyszną herbatę cynamonową.

Wszystkie te atrakcje są przeplatane wizytami w różnego rodzaju restauracjach gdzie miałam okazję spróbować min. korzeń kwiatu lotosu (pyszny). Dopełnieniem wszystkiego są nasze wieczorne wypady na miasto w celach krajoznawczo-rozpoznawczych oraz wypady do baru w celu pozbawienia nas kontroli nad umysłem i ciałem. Piwo mają całkiem niezłe a do piwka zawsze podają różnego rodzaju lokalne przegryzki (np. robaki). Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na miejsca, w których jadam ponieważ w części restauracji podaje się mięso psie (mam nadzieję, że nie jadłam jeszcze i z pewnością nie mam zamiaru spróbować. Jutro czeka mnie nauka koreańskiego i kaligrafii oraz urodziny jednego z uczestników szkoły letniej.

CIEKAWOSTKI

Koreańczycy są najlepiej ubranym narodem. Prowadzi to również do pewnej przesady jak np. panie na szpileczkach zwiedzająca park ze świątyniami.

Seul jest dziesiątym największym miastem na Świecie z bardzo dobrze rozbudowaną linią metra. Nie ma tutaj bezdomnych psów (patrz wyżej), kotów i ludzi (ich też jedzą?!?!). Jest bardzo czyste i zadbane. Bardzo wielu Koreańczyków pali papierosy (mam wrażenie, że wszyscy) za to ŻADNA kobieta nie odważy się zapalić na ulicy (Konfucjusz się kłania) dlatego czają się po bramach i bocznych uliczkach. Najpopularniejszy alkohol to soju alkohol bezsmakowy zawierający 19 voltów narazie miałam go okazję spróbować raz w związku z tym nie znam skutków ubocznych:) Jedzenie koreańskie albo jest bardzo dobre albo ohydne. Miałam okazję odkryć kilka ciekawych smaków ( z wyłączeniem kimchy najpopularniejszej przyprawy w Korei, którą próbowałam już na Tajwanie). Kraj pogodowych skrajności w lecie klimat monsunowy (pora deszczowa) gorąco i duża wilgotność w zimie klimat kontynentalny z kilku, kilkunastoma stopniami mrozu.

Dzisiaj tak trochę bez składu ale padam na twarz:) Oto kilka słitaśnych foteczek:

http://picasaweb.google.com/agata.maj/TaiwanVsKorea02#

Kategorie:Bez kategorii

Dragon boat – we win fair, we lose fair, we play fair

Czerwiec 17, 2010 1 komentarz

W ostatniej części napisałam, że jestem zajęta z powodu sesji więc prawdopodobnie nic ciekawego się nie wydarzy. A jednak się wydarzyło więc o zwyczajach i obyczajach chińskich będę musiała napisać kiedy indziej. Nie wiem od czego zacząć bo w mojej głowie nadal siedzi smok i nie pozwala mi zapomnieć o wydarzeniach dnia wczorajszego zacznę jednak od początku.

BAL

Drugi bal w tym roku zaliczony. Tym razem przyszła kolej na Bal studentów międzynarodowych w tym zwykłych, szarych exchangów takich jak ja. Więc ubrałam się w jedyną sukienkę jaką tutaj mam, przywdziałam baletki, kupiłam perły za 20NT i wyruszyłam na podbój parkietu. Na balu były konkursy taneczne, filmiki z życia studenta (bardzo zabawne) i mała kolacyjka w formie bufetu. Wśród specjalności sałatka warzywno-owocowa z majonezem a do picia herbatka lub herbatka z cytryną. Po Balu, który zakończył się ok 23:30 już większa ekipą udaliśmy się nad jezioro w celu kontynuacji imprezy. Konkluzja tego wieczoru nie pasuje do powyższego opisu a brzmi: Psy nie lubią nachos. Nie pytajcie o co chodzi bo to wyższy poziom wtajemniczenia:P

Po balu była już tylko nauka, trening, nauka, trening ale bez przesady:) Udało mi się wyskoczyć po raz ostatni do centrum w celach krajoznawczo-rozpoznawczych.

No i w końcu nadszedł on, ten jeden…..

…..z najfajniejszych dni w moim życiu DRAGON BOAT FESTIVAL.

Zwarci, gotowi na zwycięstwo przywdzialiśmy nasze koszulki, zrobiliśmy rozgrzewkę i ruszyliśmy do boju. 18 śmiałków – 16 wioślarzy, jeden bębniarz, jeden flagowy. Cel – zwycięstwo (w zeszłym roku nasza uczelnia zajęła drugie miejsce przegrywając ze szkołą międzynarodową, która w tym roku miała dwa zespoły). Jak już wspomniałam w poprzednim odcinku byłam bębniarzem. Straszna presja, ciśnienie…. stres na ogromnym poziomie. Do moich zadań należało: wybijanie rytmu, motywowanie ludzi, przypominanie o najważniejszych rzeczach, obserwacja przeciwnika, współpraca z całą drużyną szczególnie osobą nadającą tempo, wydawanie komend poza czasem wyścigu.

..w drodze na pomost wywołują nasz team nasi wierni fani (krzyczą). Nie patrzę na nich ale strasznie mi to pomaga pełna koncentracja. Wsiadamy do łódki, pierwsza komenda “gotowość” odpychają nas, kolejna komenda najgłośniej jak się da: “junbei”, na którą cały zespół odpowiada “sza” czyli walka, śmierć inni tego nie robią ludzie są pod wrażeniem, przeciwnicy czują respekt…

Pierwsze starcie: przeciwnik – międzynarodowa szkoła zespół “A” mocny przeciwnik. Mili panowie z drużyny wyśmiewali się z nas robiących rozgrzewkę ci sami mili panowie gratulowali nam zwycięstwa 5 minut później.

Drugie starcie: przeciwnik – międzynarodowa szkoła “B” mocny przeciwnik – już się nieśmiali- szybko przegrali:)

Starcie trzecie – NTHU sąsiednia uczelnia. To miał być wyścig, na którym mieliśmy oszczędzać energię bo upał był niesamowity 30 stopni bardzo duża wilgotność powietrza jednym słowem dramat. Zaczęliśmy troszeczkę wolniej niż zwykle, środek mega ostro trzymaliśmy tempo i przegraliśmy o 0.1 sekundy. Porażka oznaczała spadek do drugiej grupy. Ten filmik z tego wyścigu jest na moim profilu na facebooku.

Starcie czwarte nie pamiętam skąd byli nasi przeciwnicy ale nazwę ich byki z ameryki bo tak właśnie wyglądali. Ich bałam się najbardziej – wygraliśmy i odzyskaliśmy nadzieję na finał. Długie czekanie na kolejny wyścig ze względu na upał były ciężki, ze względu na zawody stresujący… Puściło mi ciśnienie i pojawiły się łezki. Szybko się pozbierałam bo przecież nie mogą się patrzeć na bębniarza mazgaja.

Starcie piąte – po raz drugi drużyna międzynarodowa B (mocniejsza), raz już pokonana… wsiadamy do łódki nagle podchodzą sędziowie i każą wyjść jednemu z naszych przeciwników, kilka minut rozmowy nie wiadomo o czym. Jak się później okazało nasz El Dictator Oscar prosił o sprawdzenie składu drużyny przeciwnej (podejrzenie o oszustwo). Ruszyliśmy do boju przegraliśmy półfinał co dla nas oznaczało koniec wyścigu. W trakcie tego starcia widziałam twarze wykrzywionych z bólu wioślarzy mimo tego musiałam na nich nadal krzyczeć: eyes guys eyes, power, give me all you’ve got, go, go, go.. Byli lepsi o jedno pociągnięcie wiosła. W drodze powrotnej do bazy widzę ich rozczarowanie, smutek. I wtedy krzyknęłam kilka motywujących zdań, o które siebie nie podejrzewałam. Obowiązkowo po drodze pozdrowienia wiosłem równo, ładnie na komendę, które nota bene później od nas odgapili. To już koniec zawodów ale nie koniec walki.

Nie można przejść obojętnie obok faktu, że drużyna wygrana podmieniła zawodników co oczywiście było niezgodne z przepisami (jak oni nas się musieli bać!!!). Tym samym dostarczyli sobie nowej siły, niewykorzystanych wcześniej zawodników. Pozbieraliśmy wszystkie dowody (filmy, zdjęcia) i poszliśmy do sędziów – byłam pewna, że ich zdyskwalifikują w końcu jesteśmy na Tajwanie w kraju gdzie ludzie są bardzo fair. Nie wiedziałam jednak jak oni to zrobią (bo drużyna rozegrała już kolejny wyścig). Prawie godzinę trwało sprawdzanie protokołów, dowodów itp. I….. dupa. W międzyczasie nawet przyszedł trener tamtych i przyznał się do podmiany ludzi. Na co sędziowie stwierdzili, że jest już za późno (zapomniałam dodać, że tajwańczyk prędzej popełni przestępstwo niż postąpi niezgodnie ze standardowymi procedurami). Tą decyzją przypieczętowali nasze 4 miejsce a tamta drużyna wygrała jednak nikt nam nie przyszedł pogratulować, nie chcieli nam nawet spojrzeć w oczy. Dla mnie jesteśmy moralnymi zwycięscami i duma mnie rozpiera, że mogłam przewodzić taką drużyną!

Mam nadzieję, że skopią im tyłki w przyszłym roku będę im gorąco kibicować.

Dzień zakończyliśmy wieczornym grillowaniem na mojej pożegnalnej imprezie. Kupa śmiechu, pysznego jedzenia przygotowanego przez żeńskie grono grillowiczów, do tego super ludzi i ciekawe rozmowy. Czas ucieka a wraz z nim ja.. Będę tęsknić za moim małym miejscem na ziemi..

Tym samym moi drodzy chciałam podziękować wszystkim czytelnikom. Od przyszłego tygodnia będziecie mogli dowiedzieć się “Co MAJą w Korei” mam nadzieję, że zmiana kraju nie zmniejszy ilości czytających.

Kilka zdjęć ostatnich dni:

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/TheBestWeekEver?feat=email#

PS: Udało mi się nawet pojawić w telewizji AlJazzera wraz z całą wspinaczkową ekipą (ostatnie kilka sekund)

Kategorie:Bez kategorii

Yushan – miejsce, w którym pokochałam francuską armię:)

Czerwiec 6, 2010 1 komentarz

Zanim jednak słów kilka o Napoleonie i jego podopiecznych zacznę od tego co wydarzyło się od ostatniego wpisu.

Sesja (zresztą moja ostatnia w życiu) zbliża się wielkimi krokami a to oznacza multum projektów, prezentacji kolosów itp. I jak tu wywiązać się ze wszystkich obowiązków nie zmniejszając czasu na wycieczki i wypady różnej maści? Ano da się łatwo nie jest ale nikt nie mówił, że będzie:)

FULONG

W zeszłym tygodniu udało mi się wybrać na 2 dni nad morze zorganizowaną przez kolesia z kompletnym brakiem talentu organizatorskiego (jak mnie ten NZS skrzywił:P). Więc po spędzeniu wielu bezczynnych minut w wielu różnych miejscach dostaliśmy się w końcu do naszego obozowiska – szkoły podstawowej, w której kulturalnie i legalnie rozbiliśmy namioty  na…. boisku szkolnym. Wieczorny gryl i nocna kąpiel w oceanie zrekompensowała wszystkie poprzednie wpadki. A propos grilla wydaje mi się, że wśród obcokrajowców na Tajwanie panuję przekonanie, że “grilla rozpala najbardziej głodny pod warunkiem, że nie jestem to ja”. Wiec jak to zwykle bywa ekipa polsko-szwajcarska musiała odwalić brudną robotę dostając w zamian oczywiście najlepsze kąski:) Położyliśmy się wcześniej spać w oczekiwaniu na niedzielną atrakcję, którą miała być paralotnia (z ręką w gipsie:P). Ale jak to zwykle w życiu bywa pogoda pokrzyżowała nasze plany i skończyło się na obiedzie w Tajpej i dłuuugim powrocie do domu.

Dwa tygodnie temu udałam się do pana lekarza w celu ściągnięcia szwów. Pan pochwalił szybko gojącą się ranę i nakazał noszenie mojej cudownie pocącej się szyny jeszcze 6 tygodni (do 26 czerwca). Nie powiem, że byłam tym faktem zachwycona ponieważ koło nosa miały mi przejść dwie zbliżające się atrakcje. Wyścig Dragon Boat i wyprawa w góry. Jednak dla sprytnego nie ma nic trudnego: W wyścigu będę zajmowała zaszczytną pozycję “krzyczącego bębniarza” awans z rozdawacza ręczników (finał 14-15 czerwca) natomiast opis wycieczki w góry znajdziecie poniżej.

Yushan zwany również Mt. Jade to najwyższy szczyt Tajwanu liczący sobie 3952 m n.p.m. Góra ta znajduje się w Parku Narodowym. Każdą wyprawę należy więc zarejestrować i zarezerwować na kilka tygodni w przód ze względu na to, że limitują oni liczbę turystów (w przypadku obcokrajowców jest to 20 osób tygodniowo). Mimo wypadku po długich wahaniach postanowiłam dołączyć do ekipy. 20 obcokrajowców (Holandia, Polska, Francja, Szwajcaria, Belgia, Ukraina, Niemcy, USA) plus jeden Tajwański student (organizator) plus dwóch przewodników razem 23 osoby w tym tylko 3 przedstawicielki płci pięknej. Ze względu na to, że nie jest to codzienne wydarzenie rozbije opowieści na poszczególne dni.

Poniedziałek

Spakowani, zwarci i gotowi po 3,5 godzinach jazdy dotarliśmy do miejsca pierwszego noclegu (wysokość ok 2000 m n.p.m) żeby powoli przyzwyczajać się do zmiany ciśnienia. Nocne oglądanie świetlików zakończyliśmy przy przysłowiowym “jednym małym” mając na uwadze zbliżającą się wycieczkę. Do ciekawszych rzeczy tego dnia zaliczam fakt wzięcia prysznica w drewnianej bali:)

Wtorek w pełni

Pobudka 5:56 (oni chyba nie zdawali sobie sprawy jak 4 minuty mogą zmienić wszystko:)). Szybki śniadanie, dojazd do bram przeznaczenia gdzie nie omieszkaliśmy pstryknąć sobie kilka grupowych słitaśnych foteczek. Pogoda cudna słońce pięknie górowało nad nami może już nie tak ciepło jak na dole jednak po kilku metrach marszu człowiek miał ochotę rozebrać nawet majtasy. Do wtorkowego celu 8,5 kilometra z każdym metrem widoczność zmniejszała się ździebko toteż nie mogliśmy podziwiać wcześniej zachwalanych widoczków za to skupiliśmy się na przebieraniu nóżkami. Podczas przerwy na lunch (wzięty z miejsca noclegu) kolega stwierdził, że jesteśmy bardzo tolerancyjną grupą ponieważ mamy wśród obecnych wiele mniejszości: mniejszość kobiet, inwalidów i  inwalidów kobiet i o dziwo zaliczam się do wszystkich trzech grup. Tak to już jest być większością w mniejszościach. Trasa ok ścieżka wąska jednoosobowa z jednej strony przepaść na szczęście mgła (chmury) zakrywała ją dokładnie:P Momentami ciężkie podejścia ale na moment trzeba zapomnieć o sobie jako jednostce i stać się członkiem grupy nie ma, że boli. Dotarliśmy bez mniejszego problemu do miejsca docelowego na wysokości 3400 pogoda nas już nie rozpieszczała było zimno szczególnie porównując do temperatury ok 30 stopni u podnóża góry. Pogaduchy, obiad, sesja zdjęciowa ze wszystkimi współspaczami w schronisku i spanie o godzinie 19 w nieogrzewanym domeczku z kartek papieru. Było i zimno i płucka mnie bolały ale obudziłam się ostatecznie dość wypoczęta.

Środa

Wstaliśmy o 1:30 w celu wdrapania się na szczyt na wschód słońca. 1:45-2:00 w nocy śniadanie – zupka chińska. Latarki w dłoń u mnie ostatnią sprawną i zdobywanie szczytu. Przed nami 3,5 km ostro pod górę. Pierwsze 1,5 km nawet  ok nie było tak zimno, stromo ale jednostajnie pod górę. Końcówka po zajebiście stromym, kamienistym, mokrym, nie oświetlonym stoku z brakiem zdrowych pustych rąk przypominała koszmar. Do tego zimny wiatr i dość gwałtowny spadek temp i brak tlenku spowodował, że psycha mi siadła i nie chciałam iść do góry bo się bałam, że nie zejdę. Ciężki chwile pomogli mi przezwyciężyć Marysia i Robert chociaż wiem, że i dla nich pewnie to nie było łatwe. Mnie najbardziej przerażał brak sprawności (chwytności) ręki, po stronie której były łańcuchy. Dotarłam ze łzami w oczach błędnik szalał a do tego bardzo zmarzła mi lewa ręka (ta nie ruszana) będąca w mokrej od łańcuchów rękawiczce. Na całe szczęście wzięłam ze sobą ogrzewacz do rąk made in China, który nie pozwolił zamarznąć mojej kończynie. Do “wschodu słońca” ok 40 min a tu z minuty na minutę gęstnieje mgła a wraz z nią szaleje mój błędnik. Postanowiłam więc przytulić się do ekipy siedzącej pod skałą (osłoniętą teoretycznie od wiatru). Nałożyliśmy na siebie wszystko co mieliśmy ochraniacze na plecaki wylądowały na nogach, plecak osłaniał dupkę od zimna. I w ten zjawił się on (ubrany cały na biało:P – to taki żart) niczym francuski napoleon (zwany na wyjeździe shepherd’em ze względu na dziwny wełniany płaszcz, który posiadał). Ów wełniany płaszcz był kupiony od armii francuskiej i miał jedną podstawową zaletę grzał niemiłosiernie. Tym sposobem stałam się niekwestionowaną fanką wojska francuskiego. Powoli  zaczęłam odmarzać przykryta po czubek nosa 100% wełnianym mantlem. Wyglądało to śmiesznie sądząc po ilościach zdjęć jakie robili nam inni zdobywcy szczytu. Moje życie zostało przedłużone również przez mały kubeczek słodkiej kawy, który dostałam od miłego skośnookiego pana. Po 30 min zrobiło się jasno i przeraźliwie zimno – szybka decyzja słońca nie ma i nie będzie wracamy na dół. Tym razem łańcuch po prawej stornie już spokojniej wszystko widać powoli do dołu. Drugie śniadanie fasola i herbata z imbiru (nie dziękuję postoję) i ruszamy całą drogę w dół. Tym razem brak mgły pozwolił nam docenić wszystkie widoki zapierające dech w piersiach. Szczęśliwa i zadowolona dotarłam na dół gdzie czekała na mnie miłość mojego życia – arbuz. W drodze powrotnej do Hsinchu obowiązkowa rozrywka wszystkich Tajwańczyków czyli Karaoke ale o zwyczajach i obyczajach w następnym odcinku (ponieważ ze względu na naukę nic ciekawego w moim życiu się nie będzie działo:)).

Nasi przewodnicy podsumowując wycieczkę stwierdzili, że byliśmy najszybszą grupą jaką do tej pory przewodzili i robiliśmy najwięcej zdjęć ze wszystkich a oto dowód:

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/Yushan#

PS: Na pytanie czy wybrałabym się po raz drugi na wycieczkę odpowiedź brzmi tak. Na pytanie czy wiedząc co będzie na szczycie atakowałabym ponownie odpowiedź brzmi nie.

Kategorie:Bez kategorii

Bonanza chilly szczęśliwa passa

Maj 14, 2010 2 uwag

Jeszcze dobrze nie skończyłam pisać poprzedniego odcinka a tu już kolejne historie czekają w kolejce do opisywania. Zacznę od podzielenia się z Wami moim małym, prywatnym sukcesem. Aplikowałam o szkołę letnią do Korei (Południowej oczywiście) początkowo nie dawałam sobie zbyt wielu szans biorąc pod uwagę fakt, że na 15 000 studentów naszej uczelni przypada jedno miejsce. Tak się jednak złożyło, że to jedno małe miejsce jest przeznaczone dla mnie!!! I oto wszem i wobec ogłaszam, że dnia 28 czerwca 2010 roku Co MAJą na Tajwanie przemieni się w Co MAJą w Korei. A w planie dużo atrakcji zajęcia ( w końcu to szkoła:P) z historii, gotowania, sztuk walki, kaligrafii i języków a oprócz tego wycieczki w nieskończonej ilości a wszystko dzięki stypendium Lion’s Scholarship od dziś kocham wszystkie lwy na świecie…. no tak nawet tajwańskie lwy czyli psy imitujące królów zwierząt. Wszystkie żółte psy są prawie w całości wygolone za wyjątkiem tyłu łap, głowy oraz końcówki ogona. Wygląda to komicznie co mam nadzieję kiedyś uda mi się sfotografować.

PIĄTEK

W piątek udałam się do Tajpei w celach rekreacyjno-turystycznych. Głównym celem podróży była wystawa Leosia Da Vinciego. Dzięki uprzejmości muzeum czartoryskich z Krakowa mogłam po raz pierwszy podziwiać “Damę z Łasiczką”. Ilość wynalazków Leosia zrobiło na mnie ogromne wrażenie szczególnie, że były one prekursorem wielu urządzeń używanych po dziś dzień takich jak: płetwy, strój płetwonurkowy, helikopter, wiatromierz oraz masa urządzeń wykorzystująca różnego rodzaju zębatki do podnoszenia, obracania, dźwigania różnych rzeczy przy użyciu małej ilości siły. Pytanie brzmi czy on miał syna??? Z takim to na pewno bym się nie nudziła:P Pogoda nas w piątek nie rozpieszczała (deszcze monsunowe) jednak nie zniechęciło nas to do dalszego zwiedzania stolycy (udokumentowanej kilkoma zdjęciami).

SOBOTA (ręczna robota – coś humor mnie nie opuszcza dzisiaj).

Po południu wybraliśmy się do kręgielni. Ani razu NIE PRZEGRAŁAM!! bo też ani razu nie zagrałam. Chociaż nie ukrywam zastanawiałam się nad graniem nogami ale w spódnicy mogłoby to dziwnie wyglądać. Sprawdziłam się za to jako kibic (ćwiczę kibicowanie przed wyścigiem dragon boat:P). Zmęczeni i głodni wybraliśmy się na tajskie jedzenie kto jadł ten wie niebo i piekło w gębie. Niebo ze względu na smak, piekło ze względu na ostrość potraw. Wypaliwszy wszystkie kubki smakowe udaliśmy się na nieistniejące “jedno małe” jak to na polaków przystało pod sklep co jest całkowicie legalne a co najważniejsze wygodne. Stoliczek, parasolki oraz ubikacja w sklepie, z której klienci po skonsumowaniu złocistego napoju mogą korzystać. Tak wprawieni w dobre humory postanowiliśmy się udać na karaoke. Różnica między tajwańskim a polskim karaoke jest taka, że w repertuarze nie ma smętów polskiej sceny lat 80 a piosenki a’la hallo kitty np Barbie Girl, która nota bene całkiem nieźle nam poszła:)

NIEDZIELA

Z 12 osób zadeklarowanych na dzielną wycieczkę na miejsce zbiórki zjawiło się 6 osób w składzie 2x Francuz 2x Szwajcar 1x Singapurczyk i 1x Polka nazwana przez resztę grupy babcią (z powodu zaawansowanego inwalidztwa). Udaliśmy się w góry ale żeby było śmieszniej taksówkami:D. Znając już co nieco tajwańskie realia wiedzieliśmy, że japonki i sandałki będą odpowiednimi obuwiami do pieszej wędrówki (co może się wydać troszkę zaskakujące na zdjęciach). Przyzwyczajam się powoli do życia w zasiedmiogórogrodzie i na wycieczki biorę małą ilość napoi bo można je kupić wszędzie i to bez żadnej przebitki cenowej (ździerstwo jeszcze tutaj nie dotarło). Więc idziesz sobie idziesz a tu nagle w środku zadupia wyrasta ci sklepik z napojami gdzie pani dodaje ci gratis kubeczek z lodem. I tak oto po górach chodziliśmy nie tylko w klapeczkach (ze względu na idealnie przygotowane schody lub ścieżki o nie największym nachyleniu) popijając sobie wodę z lodem. Jeszcze szampan i truskawki i byłabym w raju:P Cała wycieczka upłynęła w miłej atmosferze a dobre humory nie opuszczały nas do końca.

Po raz kolejny upewniłam się, że jestem… świnią.. i to wodną świnią! Ale lepiej być świnią niż królikiem:P Chiński horoskop to najlepszy sposób żeby nie pytając się kobiety o wiek dowiedzieć się ile ma lat. Świnią np może być osoba w z mojego rocznika lub 12 lat starsza v młodsza. Chociaż trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w przypadku skośnookich kobiety nie trudno jest pomylić kobietę 40 letnią z 20 latką.

Weekendowy nastrój udzielił mi się na resztę dni tygodnia. W poniedziałek udawałam, że jest niedziela i poszłam na wagary na wykład pt: “Polish transformation after 1998″ prowadzony gościnnie przez doktora z Uniwersytetu Marii Skłodowskiej Curie. Pan okazał się sympatycznym kolesiem więc zaprosiliśmy go we wtorek (polskie stowarzyszenie studentów na obczyźnie:p) na Tapanyaki. Za tą dziwną nazwą kryje się jedzenie (w różnej formie) przygotowywane przed tobą na metalowych blatach.

W środę wraz z moją współlokatorką (singapurka) i jej nie mówiącymi po angielsku tajwańskimi znajomymi udaliśmy się na mecz bejsbolowy. Mecz fajny, gra mi się podoba chociaż po 3 godzinach dalej nie byłam w stanie zrozumieć wszystkich zasad. Najlepszym punktem programu okazała się dziewczynka, która nie mogła ode mnie oderwać oczu szczególnie po tym jak zauważyła, że reaguje na jej wygibasy. Toteż przez “ostatnie” 2 godziny meczu bawiłyśmy się w różne gry gaworząc sobie sympatycznie po chińsku (to znaczy ona coś mówiła a ja się uśmiechałam). Jedna z gier polegająca na naśladowaniu min została udokumentowana na zdjęciach.

W czwartek przeszłam szybki kurs parzenia herbaty, który określiłabym jako czasochłonny:P Oryginalna zielona herbata smakuje tak samo jak ta, którą kupuję w kerfurze w Gliwicach:)

Dzisiaj (piątek) po raz kolejny pojechałam zwiedzać Tajpej dzisiejszy cel to sławne na całym świecie Palace Museum. Wycieczka udana a muzeum jak muzeum..:)

Udokumentowany tydzień możecie podziwiać tutaj:):

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/TaipeiHsinchuLionSMountain#5471141463979559106

PS: Jutro idę ściągać szwy. Trzymacie kciuki!

Pechowy miesiąc..

Maj 8, 2010 2 uwag

Kwiecień plecień co przeplata trochę zimy, trochę lata i przykrych wydarzeń… Wszystko jak na złość skumulowało się w tych 30; rozbity samolot, wulkan, poważna choroba bliskiej mi osoby, zerwanie zaręczyn przez (byłego już) narzeczonego mojej współlokatorki no i mój mały skromny wypade:/ Na pytanie co mi się stało odpowiadam zazwyczaj historyjkami bagatelizującymi przecięte ścięgno i 9 szwów na mojej lewej dłoni:

Historia 1. Wersja dla nauczycieli i studentów zarządzania operacyjnego: “Chciałam sprawdzić empirycznie pojemność, użyteczność, jakość i koszty poszczególnych etapów całego procesu leczenia i tym samym zdiagnozować “wąskie gardło” będące podstawą usprawnienia szpitala Mackey w Hsinchu.

Historia nr 2. Wersja dla ludzi, których nie zaszczyciłam swoją obecnością na grillu a którzy mieli okazję spróbować sałatki z krwawiącym sosem:P Starałam się im wytłumaczyć, że ten wieczór chciałam spędzić w bardziej wykształconym towarzystwie. Wystarczającym pretekstem do spędzenia piątkowego popołudnia i wieczoru z lekarzami było zwykłe przecięcie ręki. Jednak już po krótkiej chwili pobytu w szpitalu zatęskniłam za grillowiczami chociażby ze względu na brak znajomości angielskiego przez 90% personelu w szpitalu oraz rachunek jak dostałam na koniec tej imprezy.

Historia nr 3 długo utrzymywana w tajemnicy co by uniknąć reakcji “znowu”:) Zawsze marzyłam o tym by zostać “mistery shopperem” modląc się o to miałam jednak na myśli sklepy, hotele, bądź restauracje ale chyba ktoś w niebie mnie źle wysłuchał albo nie było wolnych wakatów i przez pomyłkę dostałam szpitale.

Podsumowując wydarzenie:

- nigdy więcej nie będę przygotowywać jedzenia na grilla (nierealne ale pomarzyć dobra rzecz:))

- poziom obsługi szpitala na Tajwanie przebił Belgię nie mówiąc już o Polsce

- lewa ręka unieruchomiona na 6 tygodni po czym czeka mnie mała rehabilitacja więc pożegnałam się wiosłowaniem na zawodach (staram się o pozycję rozdawacza napoi i ręczników ale nie wiem czy mnie przyjmą:P). Na początku jednak nie było mi z tą wiadomością do śmiechu… No ale life is life

- żadne unieruchomienie ręki nie przeszkadza mi w atakowaniu pod koniec maja największego szczytu Tajwanu (Yushan 3952 m n.p.m) oraz dalszego uczestnictwa w treningach (w tym miejscu pozdrawiam lekarzy i rodziców:))

WYCIECZKA ROWEROWA

Kilka wspomnień sprzed wypadku:) Korzystając z beznadziejnej pogody w weekend (bo tu tak jak w Polsce piękna pogoda jest od poniedziałku do piątku) udaliśmy się (Polka, Szwajcar, Singapurczyk) na wycieczkę rowerową trasą wzdłuż wybrzeża. Zaraz po tym jak wypożyczyliśmy rowery (9 zł za cały dzień plus woda i popcorn gratis – tajwanczycy są bardzo mili ale czasami zapominają zarabiać pieniądze:)). Deszcz padał coraz mocniej. Udaliśmy się więc na targ rybny gdzie miałam okazję zobaczyć ryby i skorupiaki każdej wielkości i we wszystkich kolorach (dołączam kilka zdjęć). Po dwóch godzinach biesiadowania zorientowaliśmy się, że deszcz nie przestanie padać więc po zakupie ekshibicjonistycznych pelerynek wyruszyliśmy w 40 km trasę. Daliśmy radę mimo, że nasze rowerki były zrobione na metr dwadzieścia(przy max położeniu siodełka) co przepłaciliśmy bólem kolan i dupska. Kolega singapurczyk po raz pierwszy miał okazję wybrać się z dwoma “białymi” więc ubaw miał po pachy.  Popłakał się ze śmiechu kiedy “spowodowaliśmy” dwa wypadki na drodze. Z powodu zagapienia na białogłowych jedna z osób walnęła w słup druga zderzyła się ze ścianą. Na koniec dnia zafundowaliśmy sobie sok z arbuza i trzciny cukrowej nic dodać nic ująć rewelka.

PENGHU chilly tajwańskie Hawaje

Wraz z ok 60 osobami udaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną przez jednego z moich zwichrowanych nauczycieli. Hawaje to to z pewnością nie były ale sporo ładnych miejsc i fajnych wrażeń. Począwszy od kupna polskich ciasteczek na lotnisku skończywszy na “chodzeniu na dnie morza”.

Zostaliśmy zakwaterowaniu w 5* hotelu( za który nie płaciliśmy ani grosza), pokój jak marzenie, taras z huśtawką, widok na morze cud, miód i orzeszki z małym wyjątkiem w dwuosobowym pokoju mieszkało 7 dziewczyn. Biorąc pod uwagę to, że plan wycieczki był bardzo napięty i od świtu do nocy zaplanowany. Ciężko było po nocnej integracji wstać o 5:40 żeby zając sobie kolejkę do łazienki. Na szczęście ja wchodziłam ostatnia więc mogłam spokojnie spać do 6:40:P

Pierwszego wieczoru na grillu każdy musiał się przedstawić na podstawie prezentacji wysłanej wcześniej i wszystko byłoby dobrze gdybym zamiast “If you have any problems…” powiedziała “I you have any questions..” Wszyscy byli bardzo poważni a to była przecież gafa z serii “możecie się śmiać z biednej polskiej dziewczynki”. No nic, problemów widocznie żadnych nie mieli:P

Zwiedziliśmy kilka wysp, pomiędzy którymi przemieszczaliśmy się łódkami chociaż mogłabym to bardziej porównać do jazdy na rollercosterze. Nie wszyscy podzielali mój entuzjazm i większość przesypiała całą podróż. Pierwszy obiad udało nam się zjeść na pływającej platformie. Ostrygi “all you can eat” and we can eat many:P Po napełnieniu brzuszka przywdziałam kamizelkę ratunkową i poszłam łowić ośmiornicę, płaszczki i rekiny (bez komentarza:)). Jedna z ośmiornic zjadła mój identyfikator, który widocznie jej nie smakował bo oblała mnie później wodą. Pogoda pierwszego dnia nas nie rozpieszczała ale zmagania z wiatrem były dość fajną przygodą.

Różnica dobowych pływów była bardzo duża w związku z tym w nocy mogliśmy swobodnie pójść kilkaset metrów w głąb morza. Po “drodze”- dnie napotkaliśmy farmę ostryg, która w ciągu dnia jest pod wodą. Trzeba było uważać żeby nie nadepnąć na rozgwiazdy które były porozrzucane co ok metr. Jako, że nie grzeszyliśmy już trzeźwością szukaliśmy kopulujących rozgwiazd o jak największej liczbie uczestników.

O byczeniu nie było mowy wszystko co do minuty zaplanowane. Atrakcji co niemiara najpiękniejszy pokaz sztucznych ogni w życiu (o głowę przebijał całonocny pokaz w Ketning) a wiedzcie, że chińczycy potrafią! Oprócz przyjemności jako studenci zarządzania musieliśmy ruszyć troszkę głową podczas spotkania z rządem tej wyspy. Kilka osób przedstawiało swoje pomysły na temat promocji odwiedzanych przez nas miejsc w tym – jak pech to pech – ja. Na zdjęciu możecie zobaczyć jak uśpiłam słuchaczy:P W ramach podziękowań za nasze sugestią zaprosili nas na kolację do luksusowego hotelu gdzie dane nam było spróbować wiele baaaaaardzo smacznych potraw ( w tym po raz pierwszy meduzę) oraz wypić kilkanaście kolejek “Gambei” co oznacza “na exa” czyli do dna albo jak kto woli na hejnał:) Na początku się dziwiłam czemu do piwa dostajemy takie małe szklaneczki (literatki) ale po paru gambejach zrozumiałam czemu są takie małe:P Dobry humory nie opuszczały nas przez cały wyjazd co możecie zobaczyć na zdjęciach.

http://picasaweb.google.pl/agata.maj/PenghuHsinchu#

Zachęcam do czytania podpisów pod zdjęciami:)

Zaraz wybieram się na spotkanie z ludźmi z wycieczki dlatego wypad do Taipei opisze później.

Bardzo gorąco wszystkich pozdrawiam i czekam na wieści z Polski!


Kategorie:Penghu/Hsinchu

Opowieści dziwnej treści czyli co u mnie nowego..

Kwiecień 17, 2010 Dodaj komentarz

Zarzuty dotyczące zaniedbywania mojego bloga nie są do końca prawdziwe  jedyne co uległo zmianie to częstotliwość pojawiających się opowieści a i to nie aż tak bardzo. Jedyne co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie to to, że “się dzieje się” a żeby mieć wam co opisywać muszę brać we wszystkich aktywnościach czynny udział. Nawet nie wiecie jak muszę się poświęcać dla was aby zdobyć wrażenia, ciekawe opowieści, zdjęcia:). Wyjazdy, wycieczki, wypady, spotkania, treningi, imprezy a to wszystko dla WAS moi drodzy:P Ale do rzeczy:

W ubiegły piątek na terenie uczelni odbył się festyn, którego miałam okazję spróbować różnych ciekawych potraw takich jak: śmierdzące tofu, omlet z małżami, chińskie grzyby, sushi, które raczyłam zapijać napojem ze smoczego owoca tudzież moim ukochanym sokiem arbuzowym zwanym po chińsku SI guozhi. Pewnie każdy z was się domyśla, że pierwsza część nazwy odnosi się do czynności, którą wykonujesz w 5 minut po skonsumowaniu półlitrowego kubka owego eliksiru:) Zabawy, hulanki i swawole zostały przerwane napływem informacji z Polski, które wolałabym pozostawić bez komentarza(…).

Niedziela – zadowol przyjaciela jak mawiają niektórzy. Ja jednak postanowiłam zaspokoić swoją ciekawość świata udając się na wycieczkę do Jioufen and Keelung. Podróż przez cały dzień umilał nam kierowca, którego niespełnionym marzeniem było zostanie kierowcą rajdowym. W związku z tym wszystkie górskie serpentyny pokonywał z prędkością światła. Jioufen przywitało nas małym deszczykiem toteż wycieczkę rozpoczęliśmy od konsumpcji regionalnych smakołyków. Wśród rzeczy, które mogę jako tako określić w języku polskim były: kluski z taro, dziwnie czerwone mięso zawijane w żelową galaretę, truskawki i pomidory w cukrze oraz wiele, wiele innych niezidentyfikowanych dań. 3 godzinny spacer uraczył nas pięknymi widokami na zatoką oraz otaczające nas góry. Późnym po południem udaliśmy się do Keelung miasta słynnego z jednego z większych “night marketów” (miejsc gdzie można zjeść i kupić wszystko). Tam też udało mi się zjeść najlepsza z dotychczasowych zup oraz skonsumować dość przysadzistego kraba zapijając wszystko oczywiście sokiem arbuzowym. Żeby zakończyć już temat jedzenia dodam tylko, że udało mi się w tym tygodniu wypić jeszcze herbatę z chryzantem oraz dyni.

We wtorek moja lao shi (nauczycielka chińskiego) poprosiła mnie żebym wytłumaczyła grupie jak należy uczyć się chińskiego. Na początku zmieszana nie wiedziałam o co jej chodzi potem jednak okazało się, że chciała mnie pochwalić za pilność co było bardzo miłe…

A w tygodniu była nauka, trening, nauka, badminton, nauka, trening, nauka i ……gorące źródła. Wycieczka słabo zaplanowana czyli tak bardzo popularny w Europie spontan. Na początku nie dziwiłam się czemu tajwańczycy nie są entuzjastycznie nastawieni do spontanów. Jednak po wczorajszej wycieczce jestem w stanie to zrozumieć. Bariera językowa jeszcze bardziej powiększyła coś co początkowo nazwaliśmy “małą przygodą”:P. Jak się okazało miejsce, którego nazwę odczytaliśmy z chińskiej strony internetowej owszem istnieje jednak troszkę w innym miejscu niż myśleliśmy. Miejsca naszych przesiadek zawdzięczamy kolektywnym decyzjom współpasażerów mówiących po angielsku tyle ile ja po islandzku (nadal nie umiem nauczyć się nazwy tego wulkanu!!!). Jednak myślę, że w ostatnim autobusie “trochę” źle nas zrozumieli i zasugerowali abyśmy wysiedli w miejscu gdzie oprócz brudnego strumyka nie było nic. Dzięki uprzejmości jednego ( i jedynego) człowieka, którego spotkaliśmy po środku pustkowia dotarliśmy finalnie do gorących źródeł. Po takiej podróży naprawdę zasługiwaliśmy na kąpiele, saunę, bicze wodne i jacuzzi nic dodać nic ująć było cudowanie… Po tak wyczerpującym dniu i pysznym tapanyaki (potrawy przygotowywane są bezpośrednio pod twoim nosem udaliśmy się do holendrów na jedno małe. “Małe” niestety ze względu na 7 godzin zajęć dzisiaj. Nie ominęła mnie jednak “drinking game”. Nie tak skąplikowana i zabawna jak ta, którą grałam w Polsce (z tego miejsca chciałam pozdrowić ekipę Gogo Power Rangers oraz Oral B-Oral C). Gra polega na wypiciu jednego łyka za każdym razem gdy padnie fraza “one more time”  w piosence Duft Punk’a “One more time”. Dodam, że zdanie to pada 47 razy w trakcie trwania całej piosenki.

Jutro natomiast wybieram się na wycieczkę rowerową wzdłuż wybrzeża o jeżeli pogoda nam na to pozwoli.

Do miłego!

PS: Piszcie do mnie:(((

PPS: Szwajcarzy tak samo jak Polacy lubią znajdować preteksty do picia. Jednak z firm produkujących piwo za każdą zakupioną zgrzewkę piwa obejmował ochroną 1 m2 lasów deszczowych. Można powiedzieć, że w tym okresie bardzo wiele osób stało się zawziętymi ekologami. Ciekawa jestem miny ludzi słyszących z wielu ust hasło “Chodźmy uratować lasy deszczowe”. Jeden z zasłyszanych toastów, którego nie miałam jeszcze okazji wypróbować to: “za pierwszy piątek tego tygodnia”.

PPPS: W każdym sklepie na Tajwanie można kupić jednorazowe majtki i skarpetki?!?! wtf?!!?

PPPPS: Zdjęcia z wydarzeń opisanych powyżej. http://picasaweb.google.com/agata.maj/OpowiesciDziwnejTresci#

Kategorie:Hsinchu

wiosenno-letnia przerwa

Kwiecień 6, 2010 4 uwag

Niezależnie od tego czy jest się w Polsce czy na Tajwanie przerwa na początku kwietnia każdemu się należy. Korzystając z okazji postanowiłam wybrać się na 4 dni do Kenting miasteczka położonego na południowym krańcu Tajwanu, które na kilka dni zamieniło się w festiwalową wioskę. Wiosenna przerwa w letnią pogodę tego nam było trzeba. Przerwa ta była zbawieniem szczególnie po dość udanym weekendzie oraz pracowitym środku tygodnia. Zacznę więc od początku.

IMPREZOWO

Niestety planowanej półrocznej abstynencji nie udało się dotrzymać a to za sprawą rozrastającej się liczby kontaktów towarzyskich (niestety w większości poza azjatyckich) co spowodowało, że na 72 godziny zapomniałam, że jestem na Tajwanie. Piątkowa impreza latynoska zakończyła się o 9 rano na wspólnym międzynarodowym śniadaniu i po kilku godzinach spania poszliśmy na “obiad”.

Po ciężkim łikendzie nastał okres pierwszych kolokwiów. Na pierwszy ogień poszedł język chiński gdzie pod 98% (chiński dziobak) pojawił się napis “hen hao” co w mniej więcej oznacza “bardzo dobrze” oraz… uśmiech taki z oczkami i ustami “:)” (to tak a propos infantylnej postawy tajwanczyków w tym nauczycieli). Po zaliczeniu jeszcze jednego kolokwium postanowiliśmy uczcić nadejście przerwy wiosennej…. filmem. Nasz film zakończył się nad jeziorem położonym na naszym kampusie gdzie przy akompaniamencie gitary śpiewaliśmy na parę głosów “Panie Janie” (w różnych językach).

WEEKEND

W piątek rano wraz z dwoma Polakami i Szwajcarem udaliśmy się na długi weekend na południe Tajwanu. Po kilku godzinnej jeździe autobusem dotarliśmy do Kaosiung miejsca ostatniej przesiadki gdzie miała do nas dołączyć znajoma Tajwanka. W tak zwanym międzyczasie atakowali nas miejscowi oferując przewóz w tej samej cenie co autobus. Grzechem było więc nie skorzystać. Wiedzieliśmy, że będzie szybko ale nie aż tak. Trasę 3 godzinną zrobił w 2 godziny czym dostarczył nam nie lada wrażeń szczególnie, że większość trasy jechał na pasie dla skuterów (gdzie według naszej oceny na pewno się nie zmieści) bądź poboczo-chodnikiem. Według naszych szacunków parę kilometrów zrobiliśmy również offroadem (coś między trawnikiem a piaskiem). Pan taksówkarz nie znał żadnych zasad obowiązujących na drodze a ponadto był prawdopodobnie daltonistą bo ciągle mu się wydawało, że to nie czerwone tylko ciemnopomarańczowe światło:P Po przyjeździe na pole namiotowe zostaliśmy przywitani głosem z megafonu mówiącym, że niestety biali przyjechali co mimo słabej znajomości chińskiego zrozumieliśmy bez problemu. Nie zniechęciło to nas jednak do rozbicia namiotu pod palmą. Wymyśliliśmy więc grę, że za każdym razem jak usłyszymy głos z megafonu musimy usiąść (lub kucnąć jeżeli podłoże nie jest odpowiednie) nie mogliśmy też mówić innym czemu tak robimy.  Po rozbiciu obozowiska udaliśmy się do miasta wypożyczyć skutery. Cena trochę nas odstraszyła w związku z tym postanowiliśmy się nieco ścisnąć na jednym skuterze pojechali chłopcy (2osoby) na drugim dziewczynki (ilości sztuk 3). Mi przypadło zaszczytne miejsce w drugim rzędzie:P Baliśmy się, że tym samym wzbudzimy zainteresowanie panów w niebieskich mundurach jednak co ciekawa oni jako jedyni udawali, że nas nie widzą. Wieczorem camping był pełen a połowa jak się okazało to nasi znajomi:)

Kąpiele w morzu, kilku godzinny spacer po parku narodowym z pięknymi widokami to tylko kilka atrakcji przewidzianych na sobotę. Gwoździem programu miał być koncert muzyki elektronicznej, na który udaliśmy się na skuterach (oddalony o jakieś 20 km), który w dalszej części programu posłużył nam za magazyn napoi wyskokowych. Po rozgoszczeniu się na murku koło skrzyżowania, na którym ruchem kierował policjant rozpoczęliśmy naszą grę, która polegała na tym, że gdy usłyszymy gwizdek każdy musi wypić łyka swojego “napoju”. Musze przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że policjanci gwiżdżą tak ekspresyjnie co tylko wywołało u nas kupę śmiechu i mimo dużej ilości alkoholu przyśpieszyło nasz biforek. Koncert był ok europejscy dj’e więc nie do końca to co chciałam zobaczyć. Jednak kto szuka nie błądzi i tak na terenie festivalu znaleźliśmy darmową trampolinę, którą nie omieszkaliśmy okupować przez dość długi czas. Jednym słowem było git. Zmęczeni i głodni poranne gastro postanowiliśmy załatwić ośmiornicą z grilla co udało nam się w 100%. Niedzielny poranek do najlżejszych nie należał. i Szybko jednak doprowadziliśmy się do formy i poszliśmy popływać. Na mieście tłumy, w jadłodajniach tłumy, na plaży tłumy typowe miasteczko festiwalowe. Część osób pojechała po skutery gdzie nieopatrznie policjanci zaglądnęli to bagażnika wypełnionego butelkami i puszkami z poprzedniego wieczora. Jednak po kilku nieudanych próbach widocznie doszli do wniosku, że 2 osoby nie mogły wypić tyle alkoholu:P Ja wraz z kilkunastoma znajomymi udałam się na plażę gdzie spędziliśmy po południe. Nikomu nie chciało się iść do sklepu w związku z tym sklep przychodził do nas:P Jakie było moje zaskoczenie gdy sprzedawcy w firmowych strojach z jednego z pobliskich supermarketów zbierali zamówienia na plaży i dostarczali zamówione zakupy w przeciągu kilku minut. Grzechem więc było nie skorzystać…. Wieczór zakończyliśmy imprezą na plaży gdzie cały czas puszczali sztuczne ognie. Niesamowite widoki przez parę godzin i długie rozmowy do rana jednym słowem cudo!

To tyle w telegraficznym skrócie dołączam link do zdjęć z wycieczki: http://picasaweb.google.com/agata.maj/Kenting02#

To są zdjęcia tylko z dwóch dni pozostałe dodam jutro do albumu. Reszta zdjęć w kolejnych odcinku “Co MAJą na Tajwanie”.

PS: Wszystkie piwa azjatyckie: japońskie, koreańskie, tajwanskie, singapurskie smakują tak samo

PPS: W Szwajcarii ludzi masowa “wypisują się” z kościoła katolickiego ponieważ pozostanie “w wierze” łączy się ze ściąganiem z pensji kwoty wynoszącej kilka set złotych rocznie.

Kategorie:Kenting

Jedziemy na wycieczkę bierzemy misia w teczkę.

Marzec 25, 2010 3 uwag

WYCIECZKA (NIESTETY BEZ MISIA)

W niedzielę skoro świt wraz z 40 osobową grupą udaliśmy się na wycieczkę do “Aborygeńskiej wioski” położonej mniej więcej w centralnej części Tajwanu. Dobrzy, że moje oczekiwania w stosunku do miejsc, które zwiedzam są dość elastyczne w związku z tym nie przeszkadzało mi fakt, że owa wioska okazała się “aborygeńska” w 10%. Pozostałe 90% to park rozrywki, w którym grupa wyblakłych ludzi stanowiła dodatkową atrakcję dnia (dlatego dziwie się, że nie odstaliśmy zniżki na bilet lub jakiegoś red bulla by nie zabrakło nam sił na wygibasy). Powodem do fotografowania naszej grupy było np zjazd po wodnej zjeżdżalni bez pelerynek przeciwdeszczowych (co dla nas nie ukrywam było największą frajdą). Dlatego będąc przemoczonym do suchej nitki postanowiliśmy…. zjechać jeszcze raz by móc partycypować w wyborach miss mokrego podkoszulka ( niestety i tym razem nie udało mi się wygrać zajęłam jednak zaszczytne drugie miejsce). Wycieczkę zaliczyłabym do bardzo udanych gdyby nie indyjska rodzinka, której wszystko się pomyliło a zwłaszcza godzina i miejsce spotkania (%&!#$%). W parku mieliśmy możliwość obejrzenia również występu aborygenów (oczywiście w języku chińskim) oraz spróbowania tubylczego jadła (ryż z czymś zapiekany w bambusie). Po wskazaniu paluszkiem bambusa pan sprawnie naruszał jego konstrukcje za pomocą kija samobija i tak pęknięte drewienko odsłaniało nasz lunch(nie powaliło mnie na kolana).

Po aktywnie spędzonym na karuzelach, rollercosterach, stacji kosmiczne, jurassic parku, przedpołudniu udaliśmy się na rejs po jeziorze “Sun Moon Lake” wcześniej zaopatrując się w Tajwański specjały. Podczas rejsu mieliśmy okazję zobaczyć występ “spóźnionych osób”, które za karę zatańczyły i zaśpiewały tutejszy hicior, do którego oglądnięcia serdecznie zapraszam:

MÓWIENIE PO CHIŃSKU

Wraz z kolegami ze Szwajcarskimi kolegami Stefanem i Vinzentem (musia.łam wsta,wić ich imi*ona bo wiem, że prób^ują tłumacz.yć mojego bloga:P) staramy się używać chińskiego w sklepie oraz na stołówce niestety z marnym skutkiem. Po wypowiedzeniu chińskiego zdania “Poproszę kawę” następuję konsternacja ze strony interlokutora, który szuka wśród dość limitowanej ilość angielskich słów, dźwięków odpowiadających tym wypowiedzianym przez nas. Podejście numer 2 zwykle jest już po angielsku, gdzie po krótkiej chwili ciszy następuje przeciągłe “aaaaaaa” oznaczające zrozumienie naszej prośby.

Jednak nie tylko my napotykamy na barierę językową działa to również znakomicie w drugą stronę. Dzisiaj podczas lekcji chińskiego jeden z naszych kolegów zapytał się naszej lao szi (nauczycielki) jak jest po chińsku fasola – bean (przyp. red.). A dialog ten miał następującą formę:

A: How to say bean in English?

B: What Mercedes Benz??

Nie muszę mówić, że wytłumaczenie o co nam chodzi zajęło im kilka minut (ja w tym czasie zwijałam się ze śmiechu pod ławką).

CIEKAWOSTKI O ROŚLINKACH i ZWIERZĘTACH (TAJWAŃSKA ODMIANA LEŚNYCH SSAKÓW ZWANA PRZEZE MNIE SSAKI OKIENNE)

Tajwańczycy podobnie jak inne nacje mają przy swoich domkach i domeczkach ogródki jeżeli przez ogródek rozumiemy miejsce do uprawy roślin. Mają one formę mini bagienek (kilkanaście, kilkadziesiąt m2), w których uprawiają ryż i ryżo podobne rośliny. Jednym z ładniejszych widoków stanowią kwiaty w tysiącach kolorów i odmian. O każdej porze roku można spotkać kwitnące kolorowe kwiaty często również pachnące. Dość mocno rzucającą się w oczy rośliną(ze względu na ich ilość)  jest pewien gatunek palm, którą hoduje się dla wspomnianych już odurzających orzeszków zwanych betel nuts. Owe orzeszki sprzedawane są przez panie zza szklanych szyb, który oprócz sprzedaży orzeszków dostarczają również innego rodzaju usług. Ze względu na to, że azjaci mają bardzo delikatną skórę nie ciężko zorientować się czy dana pani ma wielu klientów czy nie wystarczy policzyć ilość siniaków na jej kolanach i wszystko staje się jasne. Dla zainteresowanych przesyłam link z informacją o tym specyfiku http://en.wikipedia.org/wiki/Betel_nut_beauty.

WEEKEND

Weekend w przeciwieństwie do studenckich realiów w Polsce nie ma 7 dni a w moim przypadku co dwa tygodnie nie ma go prawie w ogóle (w soboty co 2 tyg mam zajęcia od 9-17). Ten tydzień należy do tych lepszych dlatego też mam zamiar należycie go też spędzić a w planie min piątkowa impreza w rytmach (latino pierwsza moja impreza odkąd jestem na Tajwanie). W sobotę wycieczka do ciepłych źródeł co by wygonić szatana z organizmu (po imprezie”all you can drink” jest to bardzo wskazane) i oczywiście nauka, o której nie da się tutaj zapomnieć.

Napiszę coś znowu za kilka wrażeń:)

PS: Zagadka na dziś jaka piosenka (w wykonaniu skośnookiego boys bandu) króluję na azjatyckich listach przebojów.

Kategorie:Hsinchu

Tajwan?! Jaki Tajwan?

Marzec 19, 2010 2 uwag

Na stwierdzenie jak tam na Tajwanie przychodzi mi jedna odpowiedź “Tajwan?! Jaki Tajwan? przecież tu jest całkiem normalnie”. Nasze wyobrażenie o dalszych kraja azjatyckich jest odmienne od rzeczywistości a może to ja jestem już spaczona swoimi podróżami, pomieszkiwaniami w różnych krajach. Przyczyna może jednak leżeć w dość prozaicznej kwestii zwanej bardzo ogólnie globalizacją. Rozwój internetu, masowych środków przekazu a wraz z nim usprawniony przepływ informacji sprawia, że coraz mniej rzeczy w życiu nas potrafi zachwycić czy zaszokować. Nie znaczy jednak, że nic się tu nie dzieje i nie mam wam już co opisywać:)

JĘZYK

W stosowaną przeze mnie dotychczas mowę ciała zaczynam wplatać pojedyncze słowa, frazy języka chińskiego i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że na stołówce ludzie mówią po “angielsku”. Trzeba jednak uważać na osoby “mówiące” po angielsku, które lubują się w wypowiadaniu słowa “yes”. Dlatego wszędzie należy stosować zasadę dwóch pytań a brzmi ona mniej więcej tak.

Pytanie nr1. “Czy ta droga prowadzi do zabytku X” Odp: “yes” Gdzie po takiej odpowiedzi każdy z 100% pewnością udałby się we wskazanym wcześniej kierunku. Jednak ta technika zawodzi w 99% przypadków wówczas stosujemy naszą zasadę “dwóch pytań”.

Pytanie nr 2 “Czy ta droga prowadzi do zabytku X czy do Y” jeżeli na tak zadane pytanie również pada odp “yes” wówczas należy zastosować naszą zasadę w stosunku do kolejnej napotkanej osoby.

Poziom języka angielskiego większości osób tutaj ukazuje ta oto zabawna historyjka:

“TANJOOBERRYMUTTS”…

By the time you read through this YOU WILL UNDERSTAND

“TANJOOBERRYMUTTS”…and be ready for China . Or is it India?

Now, here goes…

The following is a telephonic exchange between maybe you as a hotel guest and room-service today……

Room Service : “Morrin. Roon sirbees.”

Guest : “Sorry, I thought I dialed room-service.”

Room Service: ” Rye . Roon sirbees…morrin! Joowish to oddor sunteen???”

Guest: “Uh….. Yes, I’d like to order bacon and eggs.”

Room Service: “Ow ulai den?”

Guest: “…..What??”

Room Service: “Ow ulai den?!?… Pryed, boyud, pochd?”

Guest: “Oh, the eggs! How do I like them? Sorry.. Scrambled, please.”

Room Service: “Ow ulai dee bayken ? Creepse?”

Guest: “Crisp will be fine.”

Room Service: “Hokay. An sahn toes?”

Guest: “What?”

Room Service: “An toes. ulai sahn toes?”

Guest: “I…. Don’t think so..”

RoomService: “No?  Udo wan sahn toes???”

Guest: “I feel really bad about this, but I don’t know what ‘udo wan sahn toes’ means.”

RoomService: “Toes! Toes!…Why Uoo don wan toes? Ow bow Anglish moppin we botter?”

Guest: “Oh, English muffin! !! I’ve got it! You were saying ‘toast’…

Fine…Yes, an English muffin will be fine.”

RoomService: “We botter?”

Guest: “No, just put the botter on the side.”

RoomService: “Wad?!?”

Guest: “I mean butter… Just put the butter on the side.”

RoomService: “Copy?”

Guest: “Excuse me?”

RoomService: “Copy…tea..meel?”

Guest: “Yes. Coffee, please… And that’s everything.”

RoomService: “One Minnie. Scramah egg, creepse bayken, Anglish moppin, we botter on sigh and copy … Rye ??”

Guest: “Whatever you say.”

RoomService: “Tanjooberrymutts.”

Guest: “You’re welcome”

Remember I said “By the time you read through this YOU WILL UNDERSTAND ‘TANJOOBERRYMUTTS’ …… and you do, don’t you??!!

TRENINGI

Pierwszy tydzień treningu za mną i nie powiem lekko nie było. Zakwasy utrzymujące się 4 dni nie zachęcały do kolejnego wysiłku jednak satysfakcja jaką człowiek ma “po” jest tego warta. Oprócz, biegów, przysiadów, pompek, kicania z rączkami na karku, wypadów, brzuszków, ćwiczeń kręgosłupa to nie robimy nic specjalnego. Chociaż i tak czuje, że po 3 miesiącach tak intensywnych treningów będzie ze mnie Robokop tym bardziej, że nie mam zamiaru porzucić gry w “kometkę”:P Po wczorajszym treningu miałam tak zmęczone mięśnie, że padłam od razu do łóżka. W pewnym momencie leżąc i oglądając film dostałam takich dziwnych skurczy niby nie czułam bólu a nogi mi się tak dziwnie poruszały. Te dziwne skurcze mojego ciała meteorolodzy zarejestrowali jako trzęsienie zmieni o sile 4,7 w epicentrum. Nie ma to jak mieć dobre schizy:P

WYCIECZKA

Nastała piękna czerwcowa pogoda (to te dni kiedy wydaje ci się, że paseczki w japonkach mają za dużo materiału:P Postanowiliśmy więc skorzystać z uroków lata wybierając się na wycieczkę do Aborygen Village (połączonej z parkiem rozrywki) oraz Sun Moon Lake, którą (ku braku zaskoczenia wielu osób) współorganizuję. Początkowo miała to być kameralny wypad 6 osób ostateczny rozmiar to duży 40 osobowy autokar. Relacja wraz ze zdjęciami już w niedzielę!

KUCHNIA

Jak jest głód po chińsku??? Odp: “e”, które dla nas brzmi jak stęknięcie “eee” i wcale nie oznacza zamiaru jedzenia a wręcz przeciwnie. Ale to tak na marginesie. Większość potraw mięsnych jest przygotowywana na sposób pikantno-słodki niezależnie od tego czy mięso (ryba lub zmielone krewetki) są w panierce czy nie. Ostatni mój panierowany kotlecik, który zamówiłam posypany był kolorową posypką na ciasteczka i polany lukrem widok niezapomniany, smak również! Z upolowanych przeze mnie ostatnio rzeczy w supermarkecie spróbowałam dotychczas: suszonych rybek (ponoć dobrych do piwa), przekąskę w postaci suszonych wodorostów (o smaku pikantnym przypominającym nieco zieloną gąbkę do naczyń), guavę, papaję i zielone chińskie śliwki, ciasteczka z czarnym sezamem i mrożoną herbatę z marakuii.

PS: Zastałam poproszona o małe wystąpienie na festynie z okazji rocznicy uczelni. Moje zadanie polegałoby na opowiedzeniu o tym co sądzę o tajwańskich mężczyznach, jaki typ faceta lubię itp. Po czym miałabym rzucić piłkę w zebraną pod sceną męską część publiczności kto złapie poszedłby ze mną na kolację fundowaną przez uczelni!!  Na scenie ma być kilka tajwańskich dziewczyn oraz ja i wietnamka (o azjatyckiej urodzie) jako reprezentacja obcokrajowców. Wszyscy będą się więc zastanawiać co ta biała tam do jasnej anielki robi. A znając poziom strachu przed białymi kobietami nikt nie złapie mojej piłki:(. Oczywiście nie zgodziłam się:)

PPS: Kupiłam aparat.


Kategorie:Hsinchu
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.